Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 grudnia 2013

Danuta Stenka,Łukasz Maciejewski "Flirtując z życiem"



Kilka lat temu Danuta Stenka reklamowała kremy przeciwzmarszczkowe. Miałam wtedy naście lat i pamiętam ten spot.Była tak przekonująca, że miałam ochotę po niego biec.
 Ten trywialny przykład, moim zdaniem oddaje wielkość Stenki jako aktorki. Nieważne, w czym występuje. Czaruje swoją osobowością tak, że nie da rady przejść obok niej obojętnie. 

Dlatego otwierałam szeroko oczy ze zdumienia, kiedy Łukaszowi Maciejewskiemu odpowiadała wymijająco na komplementy. Nie mogłam uwierzyć, że artystka o takiej prezencji, wizerunkowej rozwadze, talencie i inteligencji wątpi w siebie chociaż przez sekundę.
"Flirtując z życiem" to historia kobiety, która została wychowana w bardzo małej społeczności kaszubskiej wsi. Takie były początki, korzenie, których wartość w swoim życiu podkreśla w niemalże każdym wywiadzie. Opowieść o Gowidlinie to historia bajecznego dzieciństwa. Pewnego rodzaju ostoi, do której aktorka bardzo często wraca myślami i trudno się dziwić.
Moja wyobraźnia pracowała na piątym biegu, kiedy Stenka ubierała w słowa widoki, zapachy i smaki swojego dzieciństwa.

Co było dalej, każdy wie. Wielka aktorska kariera. Nie chcę psuć zabawy w czytanie tej książki, więc za wielu faktów z tej recenzji się nie dowiecie, ale jest  coś, o czym napisać muszę. Podziwiałam Danutę Stenkę za odwagę w walce z depresją. O ile chroni swoją prywatność, o tyle pokazanie borykania się z tym problemem dodało wielu kobietom w Polsce otuchy. Że skoro Stenka może o tym mówić, to ja też. Jej życiowa mądrość i spojrzenie na świat jest wizją tak mi bliską, że pewnie przez jeszcze długi czas cytaty z tej książki będą pałętać się po mojej głowie.
 Ta i wiele innych cech pokazanych w biografii sprawia, że czyta się ją tak, jakby Danuta Stenka siedziała naprzeciwko ciebie i gawędziła, przy świetle ukochanej lampy naftowej, uśmiechając się od ucha do ucha.Nie sposób po przeczytaniu książki nie zostać tym nastrojem zarażonym.

sobota, 14 grudnia 2013

"Pan od seksu" Zbigniew Lew-Starowicz



Być seksuologiem to super sprawa.A to sobie do telewizji śniadaniowej pojedziesz, by za chwilę w drzwiach gabinetu stanął znany polityk czy modna celebrytka. Gratisem takiego wykształcenia jest, oczywiście, znajomość  wszelkiego rodzaju tajemnic naszej seksualności. Żyć nie umierać. „Ten to ma w życiu dobrze” pewnie wielu z Was w taki sposób pomyślało lub pomyśli o najsłynniejszym polskim seksuologu.

Pół strony „Pana od seksu”, autobiografii Zbigniewa-Lwa Starowicza , w zupełności wystarczy, aby ten obraz skutecznie zmienić. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wspomniał o tym, że jeździ na urlop, bo mam wrażenie, że to człowiek, który przez całe swoje życie pracował za kilka osób. Doświadczenie, które udało mu się zebrać przez tak wiele lat jest czymś bezcennym. Jeżeli dodać do tego pasję, z jaką podchodzi do swojego zawodu można łatwo znaleźć wytłumaczenie na to, że na spotkania z Lwem-Starowiczem ludzie walą drzwiami i oknami.  
Do tej pory spotkałam się tylko i wyłącznie z entuzjastycznymi ocenami Jego działalności. Cieszę się, że przeczytałam tę autobiografię, bo otwiera oczy na to jak negatywny wpływ miał  i ma Kościół na dziedzinę nauki, jaką jest seksuologia. Podziwiałam spokój Lwa-Starowicza, kiedy opisywał niektóre sytuacje, by za chwilę mówić o tym, że był i jest osobą wierzącą.
Pacjenci Lwa-Starowicza to różnorodny przekrój reprezentantów wszystkich grup społecznych. Ich historie, w szczególności te najciekawsze przypadki, są ogromną atrakcją tej książki. Ponadto, bardzo podoba mi się to, z jaką klasą i delikatnością traktuje swoją prywatność. Sądzę, że celebryci, których mija w korytarzach telewizji czy redakcji  w tej dziedzinie mogliby się wiele od pana Profesora nauczyć. 

Zawód seksuologa to nie tylko wygodne siedzenie w fotelu i wysłuchiwanie po raz bilionowy o problemach z wytryskiem. Gdyby tak było, samochód Lwa-Starowicza nie byłby dwukrotnie ostrzelany. Jeden powie „taka praca”, ale autor ze swoimi pacjentami przeżył tak wiele dziwnych sytuacji, że po przeczytaniu „Pana od seksu” jedyne uczucie, jakie we mnie zakiełkowało to uznanie.
I jednoczesna ulga, że ktoś taki w przestrzeni publicznej, w kraju bez edukacji seksualnej, istnieje i jeszcze Mu się chce. Podziwiam.

piątek, 8 listopada 2013

Szczepan Twardoch "Morfina"


Konstanty Willemann to postać, której było mi żal od pierwszej do ostatniej strony.
 Jego przeznaczeniem jest tkwić w jakimś chorym labiryncie życia, w którym można się jedynie desperacko miotać. Próba zdefiniowania siebie w wykonaniu Willemanna przypomina walenie głową w mur nie do przebicia, na kilku płaszczyznach. Pierwszą z nich jest narodowość, bo czas okupacji niemieckiej nie jest najlepszym momentem do podejmowania decyzji czy jest się bardziej Polakiem po matce czy bardziej Niemcem z uwagi na ojca.Kolejną on sam w oczach rodziny, żony i kilkuletniego syna, dla którego nie jest najlepszym wzorem. Niby jest też żołnierzem, ale tak naprawdę interesuje go tytułowa morfina, kobiety i bywanie na salonach.

To, co uwielbiałam w "Morfinie" to uświadomienie sobie, że mam w głowie pewien obraz Polski w 1939 roku. I jest on tak głęboko zakorzeniony, że czytając powieść Twardocha czekałam cały czas, aż Willemann pokaże, że może nie jest takim bydlakiem. Aż rozedrze szaty, położy się gdzieś, pod jakimiś drzwiami, za Polskę, za swoją rodzinę, cokolwiek. A on ma zupełnie co innego w głowie. Jeden wielki chaos i niemożność sprostania jakimkolwiek oczekiwaniom. 
Być może dlatego jest to książka trudna w odbiorze. Charakterystyczna, bełkotliwa narracja to zabieg, który początkowo bardzo mnie zaintrygował. Potem natomiast sprawiał, że byłam odrobinę podirytowana. Odnosiłam wrażenie, że ciekawe wątki zostały niedokończone, ale niewątpliwie przysypane zbyt obfitą ilością tego właśnie bełkotu. Pod tym względem "Morfina" mnie zaskoczyła. Byłam przekonana, że otrzymam coś, co absolutnie powali mnie na kolana. Owszem, powaliło, ale tylko w kilku momentach. Pod tym względem pierwsza część "Morfiny" jest o wiele lepsza niż druga. Podobało mi się to, że autor potrafi w czytelniku zostawić niepokojący znak zapytania, bo chyba każdy po przeczytaniu powieści zastanawia się, kim jest kobieca narratorka.

To, za co niewątpliwie polubiłam Szczepana Twardocha jest jego warsztat literacki. Język, jakim posługuje się autor jest dynamiczny.Ekspresywny, momentami wulgarny, by za chwilę być poetyckim. Ta mieszanina to prawdziwa bomba, która doskonale odzwierciedla piekło duszy Konstantego. "Morfina", pomimo swoich wad, rozbudza apetyt na więcej książek Twardocha. Przyznam, że wcześniej o nim nie słyszałam, ale ta powieść i Jego kobaltowe skarpetki na rozdaniu nagród Nike zaintrygowały mnie i to bardzo.

środa, 30 października 2013

Mariusz Zielke "Formacja trójkąta"

Mariusz Zielke jest jednym z tych autorów, których za pięćdziesiąt lat będę wyzywać od najgorszych. Jako pomarszczona babina, w kolejce do okulisty wspominać będę, jak to za młodu marnowałam oczy po nocach przy książkach takich jak ta. Siadasz z powieścią w ręce i choćby świat się właśnie kończył, nie jest to istotne. Ważny jest Bartek Milik, główny bohater książki oraz jego przyjaciółka z ABW, Marta.

"Formacja trójkąta" rozpoczyna się mocnym akcentem, śmiercią prezesa warszawskiej giełdy. Wszyscy jednogłośnie przytakują, że jest to samobójstwo, ale kryminał lubi dziennikarskich niedowiarków, co to wszytko muszą podważyć. Rozpoczyna się dzika i ekscytująca pogoń za prawdą. Mariusz Zielke sięga po niemalże wszystkie mocne chwyty - są przekleństwa, ostry seks, polityka, przekupstwa. Trup ściele się gęsto. 

"Formacja trójkąta" to książka pełna ekspresji. Sugestywność tej powieści jest tak ogromna, że mam wrażenie, jakby ktoś zakuł mnie w kajdanki razem z nią.  Charakterni bohaterowie, akcja, która nie daje ani chwili wytchnienia. Podobał mi się główny bohater, Milik. Z jednej strony typ zdolnej bestii, ale z drugiej wszyscy w redakcji traktują go jak dziennikarską sierotę od najkrótszych tekstów.A tu nagle, temat życia. Szalenie podobał mi się jego monolog wewnętrzny na spotkaniu z premierem, "nieudacznik" na salonach. Choć przyznaję, nie jest to jedyny dialog, który zapadł mi w pamięć, było ich więcej.
"Pokaźna dawka erotyki" obiecana przez wydawnictwo na okładce jest prawdą. O ile w "Wyroku" drzwi do sypialni raczej przed czytelnikiem były grzecznie zamykane, o tyle w następnej powieści autora, możemy przez dziurkę od klucza trochę sobie pooglądać. Nie do końca przekonywała mnie ilość wulgaryzmów w tej książce, ale muszę brać poprawkę na to, że najzwyczajniej w świecie ich nie używam. Jakimś wytłumaczeniem jest, oczywiście, charakter bohaterów. W moim odczuciu jednak było ich trochę za dużo.


"Formacja trójkąta" świetnie zaspokoiła czytelniczy apetyt rozbudzony po "Wyroku".
Bardzo podoba mi się świat polityczno-dziennikarskiego bagienka, pochłaniającego czytelnika już od pierwszej strony. Mariusz Zielke jest jednym z tych polskich autorów, którym warto dać szansę, nie pożałujecie tego. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

piątek, 17 maja 2013

Mariusz Zielke "Wyrok"


Jeżeli jakaś książka sprawia, że mimo padania na twarz ze zmęczenia i środka nocy mówię do siebie "jeszcze jeden rozdział" to znaczy, że jest dobra. "Wyrok" wciąga jak zjadanie krakersów, siedzenie na Facebooku, oglądanie wyczekiwanego sezonu serialu. Nieważne, że sesja i wyprowadzka, honor polskiego dziennikarstwa poszedł na tapetę, a to poprzeczka postawiona wysoko. Mariusz Zielke powołał do życia Jakuba Zimnego, dziennikarskiego pasjonata swojej profesji, którego konikiem jest ekonomia.

Problem pojawia się wtedy, kiedy w ramach śledztwa trafia na sprawę tak poważną, że sam dokładnie nie wie, w jak głęboki dół wskoczył. A my towarzyszymy mu w odkrywaniu prawdy o zagmatwanym świecie finansjery. Rączka rączkę myje, bo zasięg afery jest wręcz niewiarygodny. "Wyrok" pokazuje czytelnikowi od kulis jak świetnie ma się korupcja.
 Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, ale poczytałam sobie trochę o autorze książki i dochodzę do wniosku, że jakiś powód, dla którego nikt nie chciał wydać tej książki musiał być. I nie jest on taki, że książka nie jest dobra, bo jest. 

Mam świadomość, że facet z okładki, który wygląda tak sztucznie jak ukochany lalki Barbie może Was do tej powieści nie przekonać. Podobnie jak jej grubość, bo trzeba jej trochę życia poświęcić. Ale styl pisania autora sprawi, że już po kilkudziesięciu stronach odnajdziecie się w temacie finansów, który jeszcze przed lekturą był dla mnie niezrozumiałym bełkotem. Pochłonęła mnie bez reszty historia dziennikarza, który trafił nie tylko na  temat życia, ale i na temat dekady, który zatrząsł krajem nad Wisłą. Mam nadzieję, że potencjał postaci, jaki niewątpliwie posiada Jakub Zimny zostanie wykorzystany, bo "Wyrok" zrobił mi smaka na więcej. Wierzę, że panu Zielke afer do inspiracji nie brakuje i trzymam kciuki za dalszą twórczość autora. Jeżeli następnym razem będziecie stali przy półce z kryminałami to może zamiast sięgnąć po nazwisko, jakiegoś pisarza, którego i tak nie będziemy potrafili wymówić, weźcie do ręki powieść polskiego autora i dajcie szansę "Wyrokowi", nie pożałujecie. 

niedziela, 14 kwietnia 2013

Beata Pawlikowska "Planeta dobrych myśli"


Z dobrymi myślami jest tak, że często ulatują. I że cierpimy na ich brak wtedy, kiedy są najbardziej potrzebne. Do "żółtych karteczek" Beaty Pawlikowskiej nikt przekonywać mnie nie musiał. Od momentu kiedy je poznałam, natychmiast jedna z nich wylądowała na moim pulpicie (gdzie znajduje się do dziś) i codziennie walczy o mój dobry humor. 

Czy jest sens wydawania tak małej ilości treści w książce? Zastanawiałam się nad tym przez dłuższą chwilę i doszłam do wniosku, że w tym przypadku: owszem. Jest. Może dlatego, że nie potrafiłam tej książki przeczytać "na raz", że dużo, nawet krótkich zdań, błąkało się po mojej głowie. Zwróciłam uwagę też na fakt, że jest ona estetycznie wydana, nie wszystkie przemyślenia zostały umieszczone na bijącej po oczach żółci. Odręczne rysunki Beaty Pawlikowskiej zawsze wzbudzały moją sympatię, lubię jej wesołą twórczość plastyczną. ;)

Jeżeli komuś odpowiada filozofia pozytywnego myślenia, podświadomości i walczenia o własne szczęście, ta cieniutka książka może okazać się tym, czego potrzebuje. Wsparciem oraz drogowskazem, w przystępnej formie. Niestety, nie można powiedzieć tego o jej cenie, bo w życiu nie zapłaciłabym za nią 30 złotych, które życzy sobie wydawca.
Dobrze jednak być w  jej posiadaniu, bo przeczytanie jakiejś krótkiej sekwencji zajmuje małą chwilę, a w trudnych momentach każda deska ratunku bywa na wagę złota. Polecam wszystkim tym, którzy spragnieni są wiosny, nie tylko za oknem, ale i w duszy. 

niedziela, 3 marca 2013

"Miłosne gry Marka Hłaski" Barbara Stanisławczyk


Dawno nie poznałam tak niespokojnej duszy jak ta należąca do Marka Hłaski. Czytelnik dzięki rozmieszczeniu rozdziałów wałęsa się od kobiety do kobiety pisarza, poznając jego osobowość gdzieś pomiędzy wierszami tej całej poplątanej historii. "Miłosne gry Marka Hłaski" wydały mi się smutną opowieścią o bardzo zagubionym człowieku. Odniosłam wrażenie, że bardzo dużo "aktorzył" w swoim życiu. Zgrywał twardziela, kobieciarza, pijaka. Jak było naprawdę? 
Śmiałam się bardzo, kiedy okazało się, że ten wykrzywiony grymas to także zagranie celowe. Specjalnie robił taką minę do obiektywu, żeby wyglądać na bardziej męskiego.
Barbara Stanisławczyk musiała się sporo natrudzić, aby dotrzeć do rozmówczyń, bohaterek książki. Drugie wydanie, które miałam przyjemność czytać, było uzupełnione o dodatkowe fragmenty. Podobał mi się styl pisania autorki i ogólny pomysł na książkę. 
Osobowość Marka jest jej największym atutem. Wiele historyjek czy anegdotek zostanie w mojej pamięci na bardzo długo, bo pisarz prowadził barwne życie. Książka jest lekturą obowiązkową dla tych, którym bliska jest twórczość Marka Hłaski. "Miłosne gry..." pozwalają się przenieść w Jego czasy, poznać Go z perspektywy wielu Jego bliższych i dalszych znajomych. Uważam tę podróż w czasie za bardzo udaną i zachęcającą do tego, aby twórczość Marka sobie przypomnieć.





niedziela, 17 lutego 2013

Anna Onichimowska "Koniec gry"


"Koniec gry" Anny Onichimowskiej miał być wartym uwagi głosem skierowanym do młodzieży w kwestii homoseksualizmu. W kraju, w którym czołową i powszechnie stosowaną obelgą jest "pedał" nawet posłowie nie bardzo wiedzą jak "to" ugryźć, czego dowodem były żenujące dyskusje, których niestety staliśmy się świadkami. 

Alek, główny bohater powieści jest nastolatkiem z tradycyjnej (tak głosi wydawca) polskiej rodziny. Tradycyjnej, czyli zacofanej i prawdę pisząc, obraża mnie takie standaryzowanie, ale już trudno. W tradycyjnej polskiej rodzinie ojciec w domu chleje piwska i wrzeszczy, matka szwęda się z kochankiem, a brat zajmuje się biciem ludzi z ramienia Młodzieży Wszechpolskiej. Jest jeszcze siostra, ale ona tylko chce studiować weterynarię, a to przecież takie banalne. 
Nastolatek ma szkołę, dziewczynę, jakoś leci. Leci, bo tak naprawdę nie wie, co chce w życiu robić, kim chciałby być. Z czasem przekonuje się, że zdefiniowanie swojej życiowej drogi okazuje się bardziej skomplikowane niż myśli. Zaczyna eksperymentować, dowiadywać się czegoś o sobie. Prawdy niewygodnej dla kilku osób z najbliższego grona, że jest homoseksualistą.

Bardzo ugłaskana jest ta książeczka. Taka idealna, wszystko się cudownie układa, raz nie masz pieniędzy, żeby zaraz mieć pracę u lorda.... A nie daj Boże jakiś seks! Skoro nawet Stephanie Mayer jest w stanie poświęcić mu te pół stroniczki to czemu tu nastolatkowie swój pierwszy raz przeżywają w dwóch zdaniach?
"Koniec gry" jest płaski, nierealny. Zarówno w kwestii fabuły jak i języka, który raz jest pozersko młodzieżowy (nastolatkowie są na coś takiego uczuleni)by za chwilę brzmieć sztywniacko. 
Alek jako postać pozostawał dla mnie w za dużej ilości momentów bez wyrazu, jakby waga przeżywanych emocji była nieproporcjonalna do tego przez co musi przejść.
Nie jest to wiarygodne, chociażby z uwagi na wiek chłopaka, że to trudny okres, hormony szaleją, emocje buzują a on wobec porażek pozostaje momentami jak nieruchoma kukła. Nie wierzę w to.
Cieszy mnie to, że autorka zdecydowała się na promowanie takiego światopoglądu, w którym pokazuje się, jak wygląda nietolerancja z perspektywy kogoś, kto jej doświadcza. Jak ją krzywdzi. Robi to jednak w sposób powierzchowny, niedokładny. 

Niedociągnięcia w treści uwierają jak za małe ubranie. Jest ich tu sporo i w dodatku, to takie oczywiste rzeczy, że odbieram je jako pisarskie niechlujstwo. 
 Autorka cofa się w czasie, galopując aż a bardzo.
 Facebook w Polsce stał się popularny dość późno i wypada bardzo mało wiarygodnie jako komunikator pomiędzy bohaterami. Alek bez problemu (w wieku siedemnastu lat) kupuje alkohol w Wielkiej Brytanii, choć w naszym rodzimym klubie ma problem z wejściem do niego. W idealnym świecie autorki samolot tanich linii lotniczych ląduje na Heathrow, co jest jakimś kiepskim żartem  (tu można to zweryfikować).

Słowem podsumowania, nie wystarczy napisać czegokolwiek o geju, żeby to było dobre. Może to ktoś kupi, ale tylko wtedy, gdy jest to dobre. A "Koniec gry" niestety nie jest, wieje czytelniczą nudą, drętwotą i może być przykładem tego, jak pójść na literacką łatwiznę. Bo przecież to "tylko" dla młodzieży. 


PS. W recenzji zapomniałam wspomnieć, że projekt okładki jest świetny. Minimalistyczny, intrygujący, dobrze dobrany pod względem kolorystyki. 

środa, 23 stycznia 2013

Elżbieta Cherezińska "Gra w kości"


Jest taka autorka, która z polskiej historii próbuje robić wciągający serial. Co więcej, wychodzi jej to, ku ogromnej pochwale tych, którzy o książkach pisać lubią. Mnoga ilość recenzji spowodowała, że ja również ją poznałam. Tak jak już pisałam - zapamiętajcie tę autorkę. Jej książki są tego warte.
Elżbieta Cherezińska fenomenalną "Koroną śniegu i krwi" uświadamia, że można zainteresować potencjalnie nieciekawą tematyką każdego. "Gra w kości" jest jej pierwszą książką napisaną na podstawie polskiej przeszłości historycznej. Zapomnijcie o wampirach czy zombiakach, pora na prawdziwych mężczyzn z krwi i kości, pora na Bolesława Chrobrego! ;) 

Czasem akcji jest okres jego panowania oraz tematyka zjazdu gnieźnieńskiego. 
Podczas lektury odczuwałam pewne braki. Może dlatego, że porównywałam ją z wcześniej przeze mnie wspomnianą inną książką. "Gra w kości" nie wciągnęła mnie od pierwszej strony, choć czyta się ją przyjemnie. Miałam wrażenie, że zabrakło tak wielu interesujących wątków pobocznych, które wciągnęłyby czytelnika bez reszty. Tu fabuła nie toczy się tak wielotorowo. 
  Choć uwielbiam te wszystkie polityczne szacher-macher, cały świat wielkich i możnych widzianych od kuchni to w tym przypadku doskwierał mi głód pikanterii. Choć odrobinę obeszłam się smakiem to jednak skłamałabym, gdybym nie napisała, że książka mi się nie podobała. Odpowiada mi jej konwencja, narracja, styl pisania autorki. Przyjemność sprawia mi czytanie czegoś, z czego mogę odświeżyć swoją niezwykle zakurzoną wiedzę historyczną. Uwielbiam, kiedy postacie ożywają i przestają mi się kojarzyć jedynie z suchymi faktami znanymi z historii. Dlatego tę książkę warto przeczytać, nawet jeśli momentami akcja toczy się wolno. Całości niewątpliwie bronią charakterne postacie, pokazane trochę na zasadzie charakterowego kontrastu. 

Często polskim wydawnictwom obrywa się ode mnie za to, jak traktują dzieła swoich autorów. W tym przypadku, trzeba pochwalić Zysk i S-ka za solidne wydanie, świetną szatę graficzną oraz brak jakichkolwiek literówek. To porządnie wydana książka, na którą warto wydać trochę pieniędzy, cena nie jest wygórowana, a wrażenia bezcenne. 
Moja refleksja po niej była jednak smutna, bo wszystkie te polityczne problemy, ścieranie państwa z kościołem, machloje to absolutnie się nie zmieniło mimo upływu lat. Mam jednak inne pytanie:gdzie się podziali mężczyźni jak Chrobry?! Życzę takich jaj, jakie posiadał nasz lekko zapomniany władca. 

czwartek, 17 stycznia 2013

Piotr Kraśko "USA. Świat według reportera"

W czerwcu wylatuję do Stanów, spędzę tam prawie cztery miesiące. Uświadomiłam sobie, że niby dużo o tym kraju wiemy, ale tak naprawdę wiedza ta jest niewielka. Rozglądając się za lekturami, które pomogą ten stan zmienić natrafiłam na małą książeczkę, która z pewnością zmieści się w walizce każdego podróżnika. 


Cieniutka książeczka "USA. Świat według reportera" to przedsmak przedsmaków poznawania najpotężniejszego  kraju na świecie. Bo znajduje się w niej niewiele, zaledwie kilkanaście zabytków, tyle samo anegdot. Niby można narzekać, ale z drugiej strony... 
Na mnie wywarła ona wrażenie, bo spełniła swoje zadanie. Czyta się ją szybko, można poznać jakieś lokalne ciekawostki, liznąć odrobinę historii oraz "odwiedzić" nieznane wcześniej miejsca. Kraśko nie nudzi, nie smęci, jest zwięźle i na temat. A do tego, idzie się przy tej książce uśmiechnąć, bo żarty dziennikarza umilają lekturę. Nie ma tu nudy.

Niemalże od samego początku książki można odczuć, że dla autora, prawdziwe serce Stanów bije nie w Nowym Jorku czy Waszyngtonie, ale gdzie indziej. Do uroku Nowego Orleanu czy Teksasu przekonuje tak bardzo, że coraz bardziej zaczyna chodzić mi po głowie zwiedzanie tych właśnie miejsc.
Dlatego nie traktujcie tytułu dosłownie, jest nadany nad wyrost - nie znajdziecie tu wielu informacji o tych najsłynniejszych miastach, z których słynie Ameryka.
Autor porusza nie tylko kwestie związane z zabytkami, próbuje dokonywać analizy na podstawie rozmów przeprowadzonych z mieszkańcami. W ciekawy sposób tłumaczą chociażby swój punkt widzenia na temat kontrowersji związanej z legalnym dostępem do broni na terenie ich kraju. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, niektóre wypowiedzi zdziwiły mnie i to bardzo.

Lektura idealnie sprawdzi się jako umilacz chociażby w długim powrocie do domu. 
"Świat według reportera" to dla mnie ni pies ni wydra, ani reportaż ani przewodnik po USA. Raczej luźna opowiastka kogoś, kto miał okazję tam przebywać. Co nie zmienia faktu, że czyta się dobrze, można czegoś się dowiedzieć i ... tyle. 

PS. Czuję się matką chrzestną bloga.
Moi kochani, autorka cudownej szaty graficznej w postaci najpiękniejszej koparki na świecie i prywatnie moja dobra koleżanka postanowiła do nas dołączyć. Za Jej teksty i pomysłowość ręczę Wam każdą moją kończyną,zapraszam do odwiedzin oraz obserwowania :)
http://heatherek.blogspot.com/

sobota, 29 grudnia 2012

Elżbieta Cherezińska "Korona śniegu i krwi"


Nim zaczęłam marudzić na temat nielubienia przeze mnie historii, już mnie nie było. Przepadłam.Pośród licznego grona Bolesławów, intryg, scen łóżkowych, zdrad, wojen, paktów było mi bardzo dobrze. Elżbieta Cherezińska zadbała o to, aby czytelnicy "Korony śniegu i krwi" nie zaznali smaku nudy. 

Zanim jeszcze rozpoczęłam lekturę zaintrygował mnie czas akcji. Ostatnie lata rozbicia dzielnicowego nie były dla mnie tematem historycznych fajerwerków. Głównym bohaterem książki jest Przemysł II, któremu jako czytelnicy towarzyszymy przez większą część jego życia. Siła charakteru władcy zostanie sprawdzona na wiele sposobów, bo syn Przemysła I zmagał się z licznymi problemami, zarówno politycznymi jak i osobistymi.
Przemysł II

Najciekawszym elementem "Korony śniegu i krwi" od początku wydawali mi się bohaterowie. Opisani tak wyraziście i barwnie, jakby wszystkie wydarzenia działy się tuż obok mnie. Zaśmiewałam się podczas ich pijackich rozmów przy stole i główkowałam, kiedy poszczególni członkowie rodzin knuli swe intrygi. Elżbieta Cherezińska z historycznych postaci, które kojarzymy ze stron szkolnych podręczników uczyniła całą plejadę osobowości. Od wrednych matron po władców odznaczających się szlachetnością. 

Ciekawym aspektem okazała się także część związana ze światem wierzeń. Zaczynając od świętej Jadwigi konsultującej z  matką samego Jezusa bitwy, a skończywszy na tematyce pogaństwa.Wciąż żywego, bliskiego sercom ludu. Ale nie są to jedyne strefy ówczesnych obyczajów, jakie porusza. Poznajemy życie, kulturę oraz niektóre zwyczaje. Kolor żółty przypisany prostytutkom to była dla mnie zupełna nowość, podobnie jak tematyka rzekomej klątwy.
 Zdziwiło mnie to, że w książce nie znalazło się aż tak wiele stylizacji językowych, które miałyby przybliżać nas do średniowiecza. Niewątpliwie ułatwia to czytanie, w szczególności tym czytelnikom, którzy rzadko sięgają po powieści historyczne. Ciekawe dialogi, dynamiczne wydarzenia i barwny, choć prosty język sprawiają, że "Koronę śniegu i krwi" pochłania się błyskawicznie.

Chylę czoła i kłaniam się w pas przed ogromnym talentem, jaki posiada autorka. Elżbieta Cherezińska, zapamiętajcie to imię i nazwisko, bo to niezwykle obiecująca postać na scenie literackiej. Wolę sobie nie wyobrażać, jak wyglądało przygotowanie do stworzenia powieści, z pewnością włożyła w nią mnóstwo wysiłku. Udało się. Swoją pasją do Piastów zaraża. Nawet tak odpornego osobnika jak ja.  Jestem pewna, że sceny erotyczne opisane w tej książce zachęciłyby każdego ucznia do zgłębiania historii Polski. ;)
Pisarka przybliża świat, teoretycznie tak bliski z uwagi na historię, a jednocześnie jakże daleki. Nie raz  i nie dwa podczas lektury sprawdzałam informacje na temat poszczególnych książąt pojawiających się na łamach powieści. Dawno żadna książka tak mnie nie zaangażowała, przebrnęłam przez ponad siedemset stron z zapartym tchem. Bo to nie tylko suche fakty, to historia kraju tworzonego przez ludzi tak ciekawych i autentycznych, że nie sposób pozostać wobec niej obojętnym. 



źródło grafiki

środa, 26 grudnia 2012

"McDusia" Małgorzata Musierowicz

Z ogromnym sentymentem wkroczyłam, po raz dziewiętnasty już, w świat tak dobrze mi znany i lubiany. "McDusia" jest prawdopodobnie najdłużej wyczekiwanym tomem serii. Nie ukrywam, że mój apetyt był duży. Zgadzam się z tymi, którzy uważają, że to jedna z najsłabszych (jeśli nie najsłabsza) części poznańskiej sagi.


Zacznę od bardzo ważnej kwestii. O przemocy domowej pojawiającej się na kartach książki. Dwie linijki poświęcone tej tematyce odrzuciły mnie od jej lektury na kilometr. Jak Ida Pałys, która kiedyś w "Idzie sierpniowej" tak wyrazie zabierała głos w sprawie bicia dzieci, może "tłumić ręcznie protesty" swojej najmłodszej pociechy? Rozumiem też, że Józef Pałys to postać buchająca testosteronem, ale facet, nawet kilkunastoletni, który mówi do dziewczyny, że jej walnie to w moich oczach jest porażka. Zupełnie nie pasuje mi to do obrazu rodziny mądrej, w której to miłość ma być na pierwszym planie.
Nie konweniują mi uduchowione cytaty z Wierzyńskiego z biciem dzieci. Nigdy takie sceny się w "Jeżycjadzie" nie pojawiły i z ogromnym czytelniczym zawodem przyjmuje ich istnienie. Po co to? Żeby było zabawniej? Mnie było nie do śmiechu. Żartowanie z problematyki przemocy domowej to dowcip niesmaczny. Nie bez powodu mówi się o tym, jak krzywdzące jest jej bagatelizowanie, powszechne umniejszanie. Żadne cytaty łacińskie nie obronią w moich oczach inteligencji i wrażliwości kogoś, kto stosuje przemoc. 


Na pierwszy plan powieści została wysunięta postać Magdy, córki Kreski i Maćka. Tak mało charakterna bohaterka dawno nie pojawiła się na stronach sagi. Wydawała mi się bezbarwna, co może być spowodowane otoczeniem tak wielu wyrazistych osobowości. Ubolewam nad tym, że wprowadzenie nowej bohaterki nie wyszło tak sprawnie jak chociażby w "Języku Trolli". McDusia nic nowego swoją osobą nie wniosła do sagi, nie wzbudziła we mnie absolutnie żadnych uczuć.
Wątek śmierci Dmuchawca i odwiedzin byłych uczniów ukochanego profesora wydawał mi się  niedopracowany. Bo prawie każde wizyty wyglądały tak samo, osobowości tych wspaniałych bohaterów z przeszłości, które kiedyś mnie oczarowały w "McDusi" są jakby pozbawione kolorów. 

Uwielbiam styl pisania autorki oraz samą "Jeżycjadę" i tak naprawdę sentyment spowodował, że przeczytałam tę książkę w całości. Nie zaśmiewałam się przy niej do łez jak przy poprzednich tomach, choć trzeba przyznać, że wzruszenie mnie dopadło. Uświadomienie sobie, że nawet ukochani bohaterowie literaccy nie są nieśmiertelni było bolesne, choć trzeba przyznać, że autorka bardzo zgrabnie i elegancko manewruje w trudnej tematyce odchodzenia najbliższych. Mam takie przeczucie, że w następnym tomie pożegnamy się z kimś o wiele bliższym niż Dmuchawiec. Albo ja się starzeję albo niestety "Jeżycjada" nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć. Ani śmieszną sceną ani  odrobinką nieprzewidywalności (bo tu było zbyt dużo wątków za oczywistych) .  Wynudził mnie motyw Janusza Pyziaka, był ciekawie podejmowany w poprzednich częściach, bo to intrygująca postać, ale w tej przestał już być atrakcją. Za bardzo oswoiliśmy się z Pyziakiem powracającym do Poznania, żeby wzbudzał on cały czas te same emocje. Zapachniało odgrzewanym kotletem drugiej świeżości. 

Świetny styl pisania, sentyment do bohaterów oraz zabawne dialogi sprawiają, że książkę owszem, pochłania się błyskawicznie i ..to wszystko. Niestety, dla mnie to odrobinę za mało. 
Pozostaje więc nic innego jak czekać. Z cierpliwością psa wiernie wypatrującego pod sklepem. Z nadzieją w oczach, że pomimo tego zawodu, następnym razem będzie lepiej. 


piątek, 2 listopada 2012

Olga Tokarczuk "Dom dzienny, dom nocny"


To kolejny odcinek serialu pod tytułem "Olga Tokarczuk zachwyca". Swoim językiem, atmosferą, losami i charakterami bohaterów. Uwielbiam to, z jaką wrażliwością pochyla się nad światem przyrody, pokazując jego zupełnie inne oblicze. Powieść "Dom dzienny, dom nocny" jest oparta na podobnej konstrukcji co wychwalany "Prawiek i inne czasy". Jest miejsce, są bohaterowie z nim związani.

Lubię ich i to, że nie są wyidealizowani. Ci ludzie, wydają się być tak prawdziwi, że od razu moja wyobraźnia dopowiadała sobie jak ewentualnie wyglądaliby, mówili. Zaskoczył mnie fakt, że nawet jeśli Tokarczuk opisuje postacie mniej barwne, robi to w taki sposób, że oni nadal wzbudzają moje zainteresowanie.
 Książka ma bardzo ciekawy klimat, prostoty bez zbędnego gadania, za to z dużym sensem. Wiele cytatów plącze mi się po głowie po jej przeczytaniu, bardzo podobał mi się świat Nowej Rudy wykreowany przez pisarkę. Uwielbiam grację, z jaką łączy wiele wątków, bawiąc się stylistyką, konwencją, a także czasem akcji.  To mistrzyni eksperymentu. Poszukuje magii w prostocie i znajduje ją. Sprawia, że choć na małą chwilę patrzymy na świat przez pryzmat tego, co wymyśliła. "Dom dzienny, dom nocny" zadziwił mnie tyle razy, ile zachwycił. Nie umiem oddać słowami uroku tego zwykłego i mistycznego zarazem miejsca, do którego nas zabiera. To trzeba przeżyć na własnej, czytelniczej skórze. 

Nie jest to powieść, którą pochłania się z zapartym tchem przy świetle latarki. Rozumiem wszystkich tych, którzy zabłądzili w jej czytaniu. Jest to książka, której trzeba poświęcić więcej czasu. Momentami trudna w odbiorze,ale nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że warta każdego wysiłku włożonego w jej czytanie. 

środa, 19 września 2012

Olga Tokarczuk "Prawiek i inne czasy"


Podobno z twórczością Olgi Tokarczuk jest tak, że albo Jej proza jest odbierana jako męczący i niezrozumiały bełkotem albo fenomen. To moje drugie spotkanie z tą pisarką i chyba mogę zaliczyć siebie do drugiej grupy odbiorców. Jej oryginalny styl pisania przypadł mi do gustu i to bardzo.

Tytułowy Prawiek jest wioską, której rytm życia jest wyznaczany przez upływający czas. Poznajemy jego mieszkańców, plejadę ciekawych osobowości i historii. Tokarczuk pokazuje, że losy człowieka są nierozerwalnie związane z naturą, a także z duchowością. Ukazaną w książce przez symbole, czyniące z "Prawieku i inne czasy" wielowymiarowe dzieło.

Bardzo podobało mi się to zestawienie rytmu życia zwykłych ludzi i np. duszy uwięzionej w stawie. Kiedy po rozdziale tak oderwanego od rzeczywistości bohatera, wracało się do czyjejś kuchni to od razu przychodziła mi do głowy refleksja, jakbyśmy świat poznawali tylko przez szybę, niekompletnie, na tyle, na ile nam pozwolono. Niektórzy bohaterowie posiadali ten przywilej, że mogli zajrzeć do świata duchowości przez dziurkę od klucza, inni byli skupieni tylko i wyłącznie na życiu doczesnym.
Być może przez to "Prawiek..." ma atmosferę tajemnicy, momentami niemalże grozy. Jedno jest pewne: jest świetnie napisany, chłonęłam każde słowo tej powieści, która pomimo mistycyzmu okazała się dziełem bardzo spójnym i logicznym.

Teraz rozumiem, dlaczego tak bardzo się złościłam, kiedy na próbnych arkuszach maturalnych z rozszerzonego polskiego trafiał się fragment prozy Tokarczuk. Oderwane "kawałki" tej wspaniałej układanki nie mają tak głębokiego sensu, bardziej mnie zrażały niż zachęcały. Cieszę się, że nadrobiłam zaległości, całość wprawiła mnie w czytelniczy zachwyt. 

Jestem przekonana, że moja recenzja nie odzwierciedla nawet w małym procencie dziwnego uroku, jaki posiada. Wykreować mistyczny i realistyczny świat jednocześnie, w dodatku, na zadupiu pod Kielcami to tak jakby odkryć nową cywilizację na klatce schodowej we własnym bloku. 
 Prawiek mnie zaczarował i z pewnością do niego wrócę. 

niedziela, 2 września 2012

"Książki i ludzie. Rozmowy Barbary N.Łopieńskiej" Barbara N. Łopieńska

Najlepszy przyjaciel mola książkowego to a) literatura b) inny przedstawiciel tego samego gatunku.  Sięgając po zbiór wywiadów "Książki i ludzie", poczułam się jak wśród swoich. Mimo braku tak ujmującego dorobku naukowego czy artystycznego jak osoby, z którymi rozmawiała Barbara N.Łopieńska, jest jakaś magiczna nić porozumienia między pasjonatami tej samej dziedziny.
Dobrze się to czyta, bo człowiek uświadamia sobie, że może ze mną nie jest tak "najgorzej", skoro są i tacy, co książki trzymają nawet w łazience.


Niewątpliwie atutem książki jest dobór rozmówców. Z ogromną ciekawością wnikałam do biblioteki Jerzego Turowicza, Jacka Kuronia czy Gustawa Holoubka, jednocześnie sentymentalnie myśląc o tych postaciach, bo przecież nie ma ich już wśród nas. 
W rozmowach najbardziej przypadły mi do gustu anegdoty, zwyczaje i wyjątkowe zdobycze maniaków literatury. Maria Janion z Arturem Międzyrzeckim posiadają dedykację od samej Simone de Beauvoire
Wywiad, który wydał im się najciekawszy j był przeprowadzony z Ryszardem Kapuścińskim. Mówił tak interesująco, że kiedy go kończyłam, czułam ogromny niedosyt, bardzo mnie zaintrygował. 


"Książki i ludzie" zaciekawiły mnie, rozbawiły i dostarczyły mnóstwa pomysłów na dalsze lektury, bo nazwiska autorów i tytuły dzieł, lecą tu z prędkością karabinu maszynowego, trudno wszystko zapamiętać. Czytelnicy, którym udało się wypożyczyć tę książkę przede mną, również chyba mieli takie wrażenie, w egzemplarzu było mnóstwo podkreśleń nazwisk autorów oraz tytułów ich dzieł. Lektura obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy najlepiej czują się wśród półek uginających się pod ciężarem lektur, balsam dla duszy każdego mola. 


Książkę przeczytałam dzięki recenzji, która ukazała się na blogu Mowa liter

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Stanisława Fleszarowa-Muskat "Lato nagich dziewcząt"

Stanisława Fleszarowa-Muskat to dla mnie autorka z serii "zawsze chciałam coś jej/jego przeczytać, ale nie miałam czasu". Kusiło mnie to nazwisko, bo jest mi dobrze znane, widziałam książki nimi opatrzone na własnych półkach. Swoje zrobił też PR mojej Mamy, która Fleszarową-Muskat obok Siesickiej, Domagalik i Minkowskiego uważa za pisarzy najbardziej znanych ówczesnej młodzieży. Nie bez powodu autorka "Lata nagich dziewcząt" została nazwana najpopularniejszą pisarką Polski Ludowej, uhonorowana całkiem pokaźną liczbą nagród i odznaczeń.

Przeczytałam tę książkę i doszłam do wniosku, że gdybym urodziła się pół wieku wcześniej to pewnie też zaczytywałabym się w nich jak szalona. Świat idzie do przodu, ale jednym z niezmiennych elementów są marzenia. Jedni chcą się zakochać, inni mieć ojca,ciekawe wakacje czy szaleństwa na dansingu (dzisiaj powiedzielibyśmy, że w klubie). 

Rzeźbiarz Grzegorz Bień przyjeżdża do Sopotu, aby tworzyć. Z czasem dołączają do niego poznani ludzie - Marek, Kamyk, Be i Ula, którzy mają pozować do nowego dzieła artysty. 
Wspomnieć trzeba też o nieodłącznym towarzyszu Bienia, uroczym psie o imieniu Gwóźdź, który dodaje tej książce niesamowitego uroku. 

Ciekawym elementem powieści jest to, jak różnorodnych bohaterów powołała do literackiego życia autorka. Każdy z nich miał swój świat, stwarzał odmienne relacje, był osobowością. Choć bałam się, że przez ilość postaci rozmyje się ich wyrazistość, tak się nie stało.
Zaskoczyło mnie to, że w połowie książki Fleszarowa-Muskat postanowiła wysunąć na pierwszy plan bohaterów, po których bym się tego nie spodziewała. Ten zabieg sprawił, że "Lato nagich dziewcząt" czytałam z ogromną ciekawością. 

Ale co ja będę tu pisać o jakichś zabiegach, jak chwalić trzeba przede wszystkim, styl pisania autorki! 
Zabawny, dynamiczny, pełen ciekawych opisów i dialogów. Idealnie oddał klimat wakacyjnych przygód, przeplatany gdzieniegdzie prześwitami  ludzkich problemów. 

Zachęcam do strzepnięcia kurzu z książek, które być może zalegają na półkach mam czy babć, czekając na następne pokolenie czytelników. Czas zmienił dansingi w kluby, ale niewątpliwie nie odebrał "Lecie nagich dziewcząt" uroku, jaki posiadają udane wakacje. 

wtorek, 14 sierpnia 2012

Antonina Kozłowska, "Kukułka"


Kiedy kolejny raz sięgam po powieść Antoniny Kozłowskiej, na myśl przychodzi mi jakże życiowe polskie przysłowie: cudze chwalicie, swego nie znacie. Bo to pisarka, która mnie zaskoczyła i jeśli będziecie szukać poruszającej powieści, to zamiast sięgać po zagranicznego autora, dajcie szansę tej pani. Warto. 

"Kukułka" jest opowieścią do bólu współczesną. Młoda para, która wszystko posiada. Do przestronnego mieszkania,  samochodów i pieniędzy, brakuje im jeszcze jednego - dziecka. 
O tym właśnie marzy Marta, która czuje się coraz bardziej wyobcowana ze świata pełnego mam, grzechotek, kolek. Trudno powiedzieć, czy marzeniem Iwony, kobiety mieszkającej niedaleko luksusowego osiedla Marty były dzieci. Chciała lepszego życia, do którego dążyła. Miała je na wyciągnięcie ręki, gdy bezlitosny los z niej zadrwił, zabrał sprzed nosa. Nim się obejrzała, a została samotną matką z dwójką dzieci, uwięzioną w klitce z marudną matką. 
Poznają się, kiedy Marta nie ma już szans na dziecko, a Iwona potrzebuje pieniędzy. 

"Kukułka" została napisana prostym, ale ciekawym językiem. Mimo wszystko, posiada wadę, mianowicie, autorka bardzo spłyciła temat surogatek i starania się o dziecko. Wzorem jeśli chodzi o dotykanie takich kwestii jest Jodi Picolut, która w swoich książkach pokazuje problem z wielu perspektyw, tematykę wyczerpuje do końca. Tu zabrakło mi czegoś, jakby taki temat miał być gwarancją dobrej książki. Nie do końca przypadło mi do gustu zakończenie "Kukułki", wydawało mi się za łatwe, czułam się rozczarowana. 

Powieść bronią uczucia, jakie towarzyszą jej czytaniu. Choć problemy, o których pisze autorka, są mi zdecydowanie dalekie, to bardzo łatwo czytelnikowi "wejść w skórę" bohatera, poczuć się tak jak ona czy on. "Kukułka" nie należy ona do lektur najlżejszych, ale jednak nie mogłam się od niej oderwać, emocje obydwóch kobiet trzymały w napięciu, co wpłynęło na mój pozytywny odbiór książki. Patrząc na ilość pozytywnych recenzji, nie jestem w tym wrażeniu odosobniona, mam nadzieję, że więcej osób sięgnie po prozę tej autorki. 

PS. Ogromna prośba od Za...czytanej ;) Jej chłopak ma szansę wystąpić w programie Kuby Wojewódzkiego i to od głosów zależy, czy się uda. 
http://zagrajukuby.pl/track/GdbaW

Kliknięcie na łapkę (na prawo od nazwy zespołu) nic nie kosztuje, a może komuś pomóc ;) 

niedziela, 5 sierpnia 2012

"O mężczyźnie" Zbigniew Lew-Starowicz


Chcąc zainwestować pieniądze w jakąś ciekawszą publikację na temat relacji damsko-męskich utkwiłam w gąszczu lektur. Od porażająco infantylnych po takie, których przeczytanie, stanowiłoby nie lada wysiłek dla każdego, kto nie ma tytułu doktora habilitowanego przed imieniem i nazwiskiem.
"O mężczyźnie" kupiłam, bo pomyślałam sobie, że wiedza od tak solidnego źródła musi być przydatna. 

Sama forma książki, wywiadu rzeki przeprowadzonej z seksuologiem, zobowiązuje. Nadaje wynurzeniom pana profesora lekki, zrozumiały styl. Idealnie pasuje do różnorodnej tematyki poruszonej w książce. 
"O mężczyźnie" to nie tylko swoista instrukcja obsługi i kompendium wiedzy w jednym. To także spis nakazów i zakazów, elementów niezbędnych, jeśli chcemy być szczęściarzami, którzy funkcjonują w udanym związku. Błędy popełniane przez obydwie ze stron, są bardzo często podparte przykładami, które przez lata"przewinęły się" przez gabinet autora. Od najbardziej banalnych po zupełnie zaskakujące. Porusza problemy, jakie pojawiają się na różnych płaszczyznach znajomości, nie tylko te związane z seksuologią. 

Na co skarżą się panowie, którzy, w większości przypadków, do takich wyznań nie są skłonni? Na rzeczy tak banalne, że poczułam się zdziwiona. Po chwili jednak dochodziłam do wniosku, że faktycznie, może mieć to wpływ na to, w jaki sposób postrzegają swoją kobietę.
Bardzo podoba mi się odmiana perspektywy, jaką daje ta książka, jaką daje każde spotkanie ze znakomitym fachowcem . Nie trzeba wychodzić z domu ani czekać w kolejkach, można zasiąść w spokoju do, wbrew pozorom, bardzo relaksującej lektury, którą pochłania się błyskawicznie. Obowiązkowa lektura, dla wszystkich, bez względu na płeć. Profity uzyskane z jej posiadania zdecydowanie przekraczają wartość, za jaką można kupić książkę, więc warto! ;)




PS. Na Targu z książkami wystawiłam stos książek do sprzedania, wynik porządków przed wyprowadzką do Wrocławia. Niektóre są nowe, inne używane, ale wszystkie w dobrych cenach, zapraszam ;)

sobota, 21 lipca 2012

Audiobook Danuta Wałęsa "Marzenia i tajemnice"

Wychowywanie ósemki dzieci powinno być uznane jako osobna kategoria sportu ekstremalnego. Jeśli doliczymy do tego posiadanie męża, który dosłownie i w przenośni zmieniał świat na lepsze, to wychodzi na to, że pani Danuta Wałęsa jest masochistką. Dzięki "Marzeniom i tajemnicom" poznaliśmy historię, którą ma do opowiedzenia. Przyznam się, że podeszłam do tej książki z dużym dystansem, spowodowany tym, że był to czytelniczy hit, a także wywiadem z panią Wałęsą, który obejrzałam. Wydała mi się w nim irytująca, a nawet,odrobinę prostacka. 


Biografia to obraz krętej drogi, jaką w swoim życiu pokonała. A początki, nie były najpiękniejsze, kiedy słuchałam o warunkach mieszkaniowych domu rodzinnego pani prezydentowej to samo wyobrażenie przyprawiało mnie o dreszcze. Patrząc na ilość wydarzeń w Jej życiu, odniosłam wrażenie, że przeżyła american dream, w uboższej, polskiej wersji. Spełniła się, osiągnęła sukces. Jego cena była ogromna.Były takie momenty "Marzeń i tajemnic", gdzie zastanawiałam się: jak można to wszystko ogarnąć i nie zwariować? Jestem pełna podziwu dla siły i determinacji, jaką musiała wykazać dla dobra swojej rodziny. 
Na "Marzenia i tajemnice" patrzę także z perspektywy młodego człowieka. Takiego, który został w jakiś sposób pokrzywdzony przez nasz system edukacji, bo ani na historii ani nawet na WOSie w szkole nie uczono mnie o stanie wojennym czy powstaniu Solidarności. Tu informacje podane są z pierwszej ręki, z perspektywy osoby, która na własnej skórze doświadczyła tych wydarzeń.


Słabym punktem książki jest jej przegadywanie, rozciąganie do granic możliwości. Niektóre tematy były poruszane tyle razy, że stawały się one nudne. W pewnym momencie miałam ochotę postawić kropkę i zakończyć tę opowieść, miało to miejsce zanim nastąpił jej koniec. A po nim, rozwleczono wywiady z krewnymi i znajomymi Królika, co dla mnie, było już "przegięciem". Wszystko w tej książce jest bardzo grzeczne, nie znajdziecie w niej pożywki dla jakichś sensacji.Podobało mi się natomiast to, że potrafiła szczerze powiedzieć coś o osobach publicznych, nawet jeśli nie były to opinie pochlebne, to jednak, wyważone. Pani Wałęsa wyraźnie nie chciała się nikomu tą książką narazić. Dziwiły mnie kwestie finansowe poruszane w autobiografii, z jednych pieniędzy pani Wałęsa spowiada się czytelnikom tak, że czułam się jak pracownica Urzędu Skarbowego, inne,nawet bardziej ciekawsze, zupełnie pomija. 
Audiobooka czyta pani Dorota Kolak, która jeśli chodzi o wybór, była strzałem w dziesiątkę. Irytowało mnie jednak kilka niedociągnięć, nie wiem czym spowodowanych, bez możliwości skonfrontowania tego z książką nie będzie mi dane zrozumieć ich sensu istnienia. Te, które wychwyciłam to m.in. "doktór", "tvn trwam", "włanczane" czy irytujący mnie stereotyp językowy "ruscy". 


"Marzenia i tajemnice" to niedoskonała autobiografia bardzo niedocenionej kobiety. Moje uczucia są mieszane, choć bardziej chylą się ku tym pozytywnym. Zaciekawiła mnie historia, ale nie trzeba czujnego oka, aby dopatrzeć się w niej wielu minusów, niedociągnięć czy niekonsekwencji. Rozumiem zarówno tych, których książka zachwyciła jak i grupę antyfanów. Nie mogę zaliczyć swojej osoby do żadnej ze stron. 

wtorek, 17 lipca 2012

"Agent" Manuela Gretkowska

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak długo odwlekała napisanie recenzji jakiejś książki. Powodów jest wiele,przeczytanie jej to bardzo silny bodziec."Agent" Manueli Gretkowskiej jest powieścią, na którą z niecierpliwością czekało wielu czytelników,zadając sobie jedno pytanie: co tym razem zaserwuje nam ta Gretkowska? 

Skomplikowaną historię, z ciekawymi bohaterami, intrygującym portretem konkretnej społeczności i ciekawymi dialogami. Aż strach przytoczyć więcej konkretów, żeby  nikomu nie odebrać czerpania przyjemności, bo choć lektura dotyczy tematów trudnych, czyta się ją błyskawicznie.

Kiedy poznałam historię Szymona, Polaka mieszkającego w Tel Awiwie, od lat posiadającego żonę oraz inną kobietę wraz z drugim życiem w Polsce, uświadomiłam sobie, że słowo "oszustwo" czy "zdrada" brzmi w tym przypadku za słabo. Jego sposób na życie to jedna wielka mistyfikacja, misternie zaplanowana i realizowana. Choć z jednej strony, miałam ochotę wsadzić go do szuflady "literacki bydlak" to tak się nie stało. Właśnie za sprawą Gretkowskiej, która, potrafi w psychologiczny sposób pokazać wiele perspektyw, z jakich możemy spojrzeć na bohatera. Skubana (pardon), robi to fantastycznie. 

Warto też wspomnieć o stereotypach, problemach oraz hipokryzji, która gdzieś w tej książce pobrzmiewa. Zostało to okraszone rewelacyjnym językiem, lubię cięte poczucie humoru, które można znaleźć w dialogach. Fenomen "Agenta" polega na tym, że autorce udało się nakreślić  wiele płaszczyzn dla odbiorcy, które razem tworzą mocny, wyraźny obraz. 
Całość bardzo przypadła mi do gustu, nawet poczułam lekkie wyrzuty sumienia, że przeczytałam jedynie trzy powieści tej autorki, po "Agencie" czuję silną potrzebę nadrobienia zaległości. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Świat Książki