Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremi Przybora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremi Przybora. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2011

Małe podróże literackie- śladami Jeremiego Przybory cz. 2

"Po wojnie, na parę lat chyba, znalazł się Jeremi w Bydgoszczy i tam już zaczęło się pisanie. Pamiętam, że byłam jeszcze smarkata, ale jakoś to na własną rękę odkryłam:audycja nazywała się "Pokrzywy nad Brdą". Nadawano ją późnym wieczorem i była rozkoszna."
/Agnieszka Osiecka, "Listy na wyczerpanym papierze"


Jeremi Przybora do Bydgoszczy uciekł w roku 1944. Jak sam przyznał, przed ruiną miasta, jakim ówcześnie była Warszawa.
Przyjechał tu z żoną i córeczką Martą. Rozpoczął pracę w Radiu PiK.
Współpraca trwała lata, to tutaj zaczął publikować swoje pierwsze teksty satyryczne.

Aleje Ossolińskich to piękne miejsce. Otoczone przedwojennymi kamienicami, z pasmem dębów.
Przybora wspominał je, gdy udzielał wywiadu Gazecie Wyborczej.

"Mieszkałem w Alejach Ossolińskich z widokiem na Bazylikę. Pamiętam jesienny,czerwony kolor liści rosnących tam dębów. 
To zdaje się są dęby kanadyjskie..."




Dęby są tam do dziś. Brakuje mi jednak na jednej z tych ławeczek Pana Przybory.
Skoro jego pomnik może stać w Opolu to zastanawiam się, czemu jeszcze nie stoi w moim mieście.... 



/ Pisząc to korzystałam z różnych źródeł.
Głównie z wywiadu dla GW, portalu radia PiK, ale także z obszernego wywiadu umieszczonego na youtubie

poniedziałek, 11 lipca 2011

Małe podróże literackie- śladami Jeremiego Przybory cz. 1

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, będąc w swoim mieście, która z podziwianych przez Was osób widziała te same budynki, place, miejsca? 
Ja tak. 
Kiedy pierwszy raz czytałam "Listy na wyczerpanym papierze" zwróciłam uwagę na fragment poświęcony pracy Jeremiego w Bydgoszczy. Prawdę mówiąc, wywołało we mnie to lekki szok. 
Jestem osobą, która interesuję się życiem swojego miasta, bierze czynny udział w naprawdę wielu wydarzeniach kulturalnych, ale o Przyborze w Bydgoszczy moje uszy nigdy nie słyszały.
A spędził tu naprawdę kawał swojego życia.

Jeremi Przybora w radiu PiK w Bydgoszczy


Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić mojego zdziwienia, kiedy odkryłam, że postać, która mnie fascynuje była nie tylko związana z Bydgoszczą, Przybora był w tym miejscu po prostu zakochany.
Może z uwagi na to, że na Miedzyniu Wielkim (dzielnica, która już nie istnieje) spędził trochę swojego dzieciństwa i przez krótki okres czasu uczył się w tutejszym gimnazjum (aktualnie gimnazjum przy drugim LO).
Pieszczotliwie nazywał miasto "swoim Neapolem".



Podobno Przybora, właśnie w Bydgoszczy, spotkał przedmiot, o którym mawiał, że zaważył na całej jego drodze życiowej. Był to... patefon, należący do jego dziadka.


"Z tamtych czasów najlepiej pamiętam dęby na górze w Fordonie. To było jakieś dwa kilometry od majątku Miedzyń Wielki, który miał mój dziadek. Spod tego dębu, jak niosła wieść gminna, 
Napoleon spoglądał na Wisłę."
Jeremi Przybora dla Gazety Wyborczej



Chyba każdy z nas pamięta miejsca, w których bawił się najchętniej w dzieciństwie.
Otóż... To miejsce to jedno z moich ulubionych, mieszkam w okolicy.
Oczy mi prawie wyszły z orbit jak przeczytałam, że tu bawił się dziewięcioletni Jeremi Przybora.
Cóż, zawsze wydawało mi się,że to jest naprawdę wyjątkowe miejsce...
Na zdjęciu - samotny dąb Napoleona, o którym mówił Przybora oraz  ja.
Zdjęcie jest sprzed dwóch lat. 






Zdjęcie Jeremiego pochodzi ze strony Radia PiK

niedziela, 9 stycznia 2011

O takich dwóch, co bardzo się kochali, może nawet za bardzo...

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. 

Wydaje mi się, że nie ma jaśniejszych gwiazd. 
Te dwie osoby są do dzisiaj dla wielu ludzi ogromną inspiracją.
Bo są ikonami, ponadczasowymi.
Nie do podrobienia i co najważniejsze, nie do zastąpienia.

A co, jeśli, dwie tak ważne osoby postanawiają w jakikolwiek sposób związać się ze sobą uczuciowo?
Powstają listy, setki tysięcy niesamowitych słów, które na wiele lat lądują w szufladach, aby w końcu trafić do naszych rąk. I takim o to sposobem, możemy zakupić "Listy na wyczerpanym papierze".
Moje pojawiły się pod choinką. 



Przy okazji listów van Gogha pisałam o tym, że z uwagi na aktualną epokę jesteśmy ubodzy w słowa, rozleniwieni. Czułam to czytając listy van Gogha, ale czytając ich listy, to uczucie było spotęgowane.
Wielokrotnie.
Z świetnie napisanej przedmowy (autorstwa Magdy Umer) dowiadujemy się, że ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Było w niej za dużo pretensji, kłótni, przy tym całym ogromie uczuć, który nas zasypuje, gdy tylko weźmiemy tą lekturę do ręki.
 Umer zacytowała Przyborę, który po śmierci Agnieszki miał o listach powiedzieć: "(...)nie jestem w stanie tego zniszczyć.Myślę,że literatura polska by nam tego nie wybaczyła."
Owszem, nie wybaczyłaby. 

Dawno nie czytałam czegoś tak porażająco czułego. 
Jakby kopnął mnie niesamowity prąd uczucia, które przecież ma kilkadziesiąt lat, otworzył magiczną skrzynię i mnie zaczarował.

Mam wrażenie, że jest we mnie jakiś taki pierwiastek czułości, który jest w stanie poruszyć tylko kilka zjawisk na tym świecie, m.in ta książka.
Niesamowita jest obserwacja ich wspólnego, rozwijającego się języka. Ich charakterystycznych sformułowań niezrozumiałych dla nas, "na lipę"...
Czytając tą książkę, dostajemy też świetny obraz ówczesnej elity artystycznej.
Czytamy czyjeś zdrobnione w bardzo filuterny sposób imię, sięgamy do przypisów, a tu okazuje się, że mowa jest o kimś wielkim, genialnym.
Ważne jest to, że książka jest wydana w bardzo dobry sposób. Jest przejrzysta, zawiera mnóstwo ciekawych przypisów, fotografii, kopii oryginalnych listów, ale również - audiobook.
Zaskakujący jest fakt, że przy tak ciekawym wydaniu można ją zakupić w granicach trzydziestu złotych.

Kończąc ją, żałowałam. Przeczytałam jeszcze raz.
I gdyby nie fakt, że pożyczyłam ją, pewnie zrobiłabym, to jeszcze raz.
Warta poświęcenia czasu. 



PS.A potem człowiek pisze do swojego lubego i dochodzi do wniosku, że jest tak banalny i powtarzalny, że nic tylko kula w łeb i do piachu. (: