Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia sztuki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia sztuki. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 marca 2012

"Słoneczniki" Sheramy Bundrick


Kiedy na ulicach francuskiej miejscowości Arles, pojawił się pewien malarz, zaczął wzbudzać zainteresowanie, a z czasem nawet kontrowersje. Obdarty, borykający się z problemami finansowymi oraz zdrowotnymi, uginał się pod ciężarem sztalug, które nosił. Nazywał się Vincent van Gogh i choć współcześnie nie ma osoby, która nie zna jego imienia czy nazwiska, był jednym z największych pechowych geniuszy tworzenia. 
Dzisiaj z reprodukcjami obrazów impresjonisty możemy kupić dosłownie wszystko, lecz sam artysta w ciągu całego swojego życia sprzedał tylko jeden obraz, namalowany w Arles właśnie. 


"Słoneczniki" Sheramy Bundrick to fantazja autorki na temat postaci, historia dopisana do wycinka prasowego, który udało się przeczytać autorce. Postacią tą jest lokalna prostytutka, Rachel, z którą w książce był związany Vincent. 

Muszę przyznać, że Sheramy Bundrick poruszyła w "Słonecznikach" wiele aspektów związku z artystą i samego życia z nim. Podobała mi się historia Rachel, którą przedstawiono jako kobietę zakochaną w van Goghu do granic możliwości. Zdesperowaną do tego, aby pójść za swoim wybrankiem wszędzie i zrobić dla jego dobra wszystko. 
Na kartach powieści odnosiłam takie wrażenie, że te postacie do siebie pasowały. Obydwoje byli w pewien sposób spętani kajdanami społecznymi, chociażby z powodu swoich aktywności zawodowych.
Skłamałabym, gdybym napisała, że ta książka mnie nie wzruszyła. Było kilka momentów, które wycisnęły ze mnie łzy, bo pomimo płomiennej miłości, ta historia należy do smutnych.
Bardzo ciekawie poruszony w "Słonecznikach" były kontrowersje, jakie wzbudzał w Arles, pojawiły się one tylko w kilku momentach książki, jednak był on tematem do plotek przez cały swój pobyt w miejscowości. 

Sheramy Bundrick stanęła na wysokości zadania i sprawiła, że kończąc książkę czułam, że  żal mi rozstać się z bohaterami. Postacie były ciekawie opisane, lekkim językiem. Wszystko to sprawiło, że "Słoneczniki" przeczytałam błyskawicznie, nie mogąc się od książki oderwać.

Autorce udało się na kartach powieści stworzyć niesamowitą atmosferę.
Prawdziwej pasji tworzenia, połączonej z nieszczęśliwą miłością, chorobą psychiczną i brakiem akceptacji ze strony społeczeństwa. Choć ta sytuacja brzmi wręcz tragicznie, to musimy uświadomić sobie, że duża część tej historii jest prawdą. Smutnym, ostatnim etapem życia bardzo utalentowanego człowieka, który musiał umrzeć, żeby zostać docenionym.


Kilka obrazów z okresu tworzenia Vincenta w Arles:
"Żółty dom", w nim dzieje się częściowo akcja powieści
Pokój van Gogha w Arles
Taras kawiarni w Arles

Autroportret

Reprodukcje pochodzą ze strony:http://www.van-gogh.pl/


wtorek, 29 listopada 2011

"Młyn i krzyż" (2011), premiera 18 marca 2011


Ożywianie obrazu to tajemnicze sformułowanie, które wiele osób może potraktować jako zachętę do obejrzenia "Młyna i krzyża".  Magię tego wyrażenia, poczułam dzisiaj, kiedy złapałam się na tym, że wytężając wzrok, starałam się jak najwięcej szczegółów pochłonąć z kadru, który mam przed oczami. 

Jest to film do delektowania się. Z całą pewnością, jego obejrzenie mogą darować sobie zwolennicy kina akcji. Lech Majewski zaprasza nas do świata, który w 1564 roku został przedstawiony na płótnie obrazu "Droga Krzyżowa" przez Breugela Starszego.


Jak sami widzicie, obraz ten to typowy dla artysty, festiwal narracji i opowieści. W tym przypadku, najbardziej istotny jest wątek biblijny, przyprawiony historią Niderlandów. 
Jednak, najwięcej na obrazie widzimy zwykłych mieszczan i to z nich (oprócz postaci biblijnych)  uczyniono bohaterów filmu. 
Choć obsada była świetnie dobrana to mimo wszystko, nie bohaterowie  w filmie najważniejsi. Najważniejszy jest obraz.
On króluje, zachwyca, zmusza do bardziej wytężonej percepcji. 

Nie ma sensu się licytować, do jakich nagród został w tym roku nominowany duet Lech J.Majewski i Adam Sikora za zdjęcia do tego filmu. Absolutnie zasłużenie.Pracowali nad nim kilka lat i wizualnie jest on dopieszczony do każdego detalu. To zupełnie nowy rodzaj obrazu, czegoś takiego na szklanym ekranie jeszcze nie widzieliście. Efekty ich pracy przerosły moje najśmielsze oczekiwania.   
"Młyn i krzyż" warto zobaczyć w kinie,bo  wydaje mi się, że w przypadku tego dzieła, istotna jest jakość sprzętu, na którym oglądamy film.
Choć nie jest on łatwy w odbiorze, zachwycił mnie swoją oryginalnością.
W dobie XXI wieku, ułatwiania sobie absolutnie wszystkiego, sięganie po takie malarstwo i wizualne przeżywanie go na nowo to prawdziwa perełka, doznania absolutnie unikatowe.



PS. Konkurs z wydawnictwem Edgard wygrywa Elina ;) Gratuluję i proszę o przesłanie adresu na mojego maila ;)

piątek, 25 listopada 2011

"Diego i Frida" Jean-Marie Gustave Le Clézio


Frida Kahlo i Diego Rivera to jedna z najbardziej niekonwencjonalnych par w historii sztuki. Są tak ciekawi i intrygujący, że warto poznać tę pokręconą historię ich romansu. 
Jednak gdybym miała czytać książkę "Diego i Frida" (Jean-Marie Gustave Le Clézio) sama z siebie, a nie na potrzebę pisania pracy z historii, nie zaciekawiłaby mnie ona za bardzo.

Autor nie popisał się jeśli chodzi o zarys artystycznych osobowości. Za często wykorzystuje w niej cytaty z innych książek czy anegdoty. Więcej jest tam zapożyczeń niż samej treści. 
A szkoda, ponieważ jest to biografia, w której niewątpliwie można się popisać. Ta dwójka była tak niekonwencjonalna, wyrazista oraz pełna emocji, że książka w pewnym momentach wydawała mi się nie nadążać w ekspresji za historią, którą opowiada. 


Myślę, że czytelnika może także znużyć zbombardowanie historycznymi nowinek, związanych z Meksykiem. Z pewnością jest to związane z historycznym wykształceniem samego autora, ale przeciętny czytelnik może się najzwyczajniej w świecie zagubić w hiszpańsko brzmiących nazwiskach bohaterów. Jest tego naprawdę całkiem sporo, szczególnie w pierwszej połowie dzieła.
W kontekście pracy, którą będę pisać, książka jest idealna, ale czytanie jej dla rozrywki by mnie bardzo szybko zmęczyło i w pewien sposób, odrzuciło. Wielka szkoda.
Mam jednak nadzieję, że ta recenzja nie zniechęci Was do tego, aby zapoznać się z pracami artystów. Nie podobała mi się ta biografia, więc... szukam dalej. 



poniedziałek, 15 sierpnia 2011

"Tancerka Degasa" Kathryn Wagner


Jeśli ktoś nie jest posiadaczem wehikułu czasu a jego portfel nie uśmiechnie się na myśl o fundowaniu podróży do Paryża, ma alternatywę. 
"Tancerka Degasa" autorstwa Karhryn Wagner to wspaniała podróż nie tylko do innej epoki i kraju, ale to wycieczka po metamorfozie, jaką przeszła jej główna bohaterka, Alexandrine.

Kiedy ją poznajemy,jest nieśmiałym, zakompleksionym dziewczątkiem, spędzającym dnie na ciężkiej pracy fizycznej - pomaganiem w utrzymywaniu domowego gospodarstwa. 
Wydawać by się mogło, że jej życie nigdy się nie zmieni, ale los postanowił dać jej szansę.

Kiedy wylądowała w Paryżu, w szkole baletowej, zaczynała od zera. Z racji takiej, że nie posiadała żadnych umiejętności oprócz wrodzonej gracji ruchu, musiała naprawdę ciężko pracować, aby doprowadzić swoje umiejętności do perfekcji. 
Po to, aby spełnić swoje marzenie- zostać primabaleriną Opery Paryskiej.
Z czasem kiedy pnie się po drabinie zawodu baletnicy zauważa, że ta profesja (w czasach, w których ma miejsce akcja) to nie tylko kwiaty i komplementy. To także wynajmowanie siebie dla mężczyzn, którzy sponsorują utrzymanie opery. 
Bardzo ciężko jest zachować w tej całej sytuacji umiar, mając bogatego adoratora i matkę, która żąda utrzymania rodzina na wsi.
Jakby problemów było mało, jest jeszcze jeden. Nazywa się Edgar Degas, jest artystą, którego muzą stałą się Alexandrine, ale... kompletnie nie myśli o tym, aby założyć rodzinę, wieść spokojne i dostatnie życie.
Choć bardzo widać to, że jedno nie może żyć bez drugiego, czytelnik jest w stanie od razu zauważyć to, co poróżniło tę dwójkę ludzi. Degas to artysta, który w baletnicy odnajdywał głębokie natchnienie do tworzenia swoich najsłynniejszych obrazów, a Alexandrine jest kobietą o bardzo romantycznej duszy... Co wyniknie z tego połączenia, można sprawdzić jedynie czytając tę książkę. 


Uwielbiam kiedy postacie wielkich artystów przestają być dla nas sztampowymi hasłami, a stają się    realnymi historiami. Choć Degas i paryskie salony tworzą w powieści jedynie (i aż) mocno oddziaływające tło, mogę stwierdzić, że książka jako całość bardzo mi się podobała.
Jest napisana w przejrzysty, żywiołowy sposób, doskonale oddający problemy, z jakimi musi zmierzyć się główna bohaterka. Warto zwrócić uwagę na tę pozycję, bo "Tancerka Degasa" to idealna lektura na oderwanie się od nudnej i szarej rzeczywistości na rzecz kolorowego, impresjonistycznego Paryża. 
Na pochwałę zasługuje też autorka, ponieważ każdy, kto zabiera się za pisanie książki wplecionej w życie jakiegokolwiek artysty, ma do przebrnięcia mnóstwo literatury, wspomnień i listów. Jestem pod wrażeniem, "Tancerka Degasa" to naprawdę dobra książka. 

czwartek, 7 lipca 2011

Irving Stone "Udręka i ekstaza"

Wiem. Ostatnio pisałam, że mnie tu nie było, a potem znowu zniknęłam. Otóż, nie zniknęłam.
Zostałam pochłonięta. Przez książkę, która tak bardzo mnie wciągnęła, że straciłam rachubę czasu.
Prawie osiemset stron.
Miałam iść na pocztę - nie poszłam. Miałam iść do Subwaya z moją kochaną Iv - cieszyłam się, że odwołała, bo mogłam zostać dłużej z książką. Nie wiem, czy to już jest choroba, czy co, ale, z największą przyjemnością prezentuję Wam recenzję wspaniałej książki, która ostatnio zabrała mi mnóstwo czasu, dając jednocześnie ogrom wspaniałych historii. Bardzo dawno żadna książka nie zachwyciła mnie sobą tak, jak ta właśnie.


Michał Anioł Buonarroti. Prawdopodobnie, oprócz makaronu, jeden z najbardziej eksportowych produktów słonecznej Italii. 
Oklepany do nieprzytomności na lekcjach historii. Nie wierzę, że istnieje ktokolwiek, kto nie jest w stanie wymienić chociażby jednego tytułu jego dzieła.

"Udręka i ekstaza" Irvinga Ston'e to unikatowa możliwość podróży. Przenosimy się o ponad pięćset lat wstecz, do innych czasów, innego kraju, ale przede wszystkim, do poznawania geniuszu. Geniuszu, jaki stanowił florencki artysta, którego poznajemy, gdy w wieku lat trzynastu ląduje w pracowni swojego pierwszego mistrza. 
Książka podzielona jest na jedenaście części, a każda z nich opowiada o kolejnym etapie życia twórcy.
Nie sposób jest wymienić wszystkich ważniejszych wydarzeń czy chociażby po trosze opisać w recenzji fenomen portretu artysty, jaki nakreślił Irving Stone.

Jego życie to była prawdziwa podróż. Pełna wzlotów i upadków, ale przede wszystkim pełna pracy. 
Artysta był prawdziwym niewolnikiem marmuru. Realizował swoją pasję i rozwijał wspaniały talent, przez całe swoje życie. Czerpał z tego przyjemność (tytułowa ekstaza), ale także było to dla niego ciężarem (drugi człon tytułu książki). Wielokrotnie czuł się samotny, wyzyskiwany przez swojego ojca, wdawał się w spory z innymi wielkimi artystami epoki np. Leonardem da Vinci czy Rafaelem.

Michał Anioł, jakiego poznajemy na kartach książki to ktoś, kogo w dzisiejszych czasach określilibyśmy mianem świra. Kogoś, kto jest absolutnie poświęcony jednej rzeczy - rzeźbie.
Do takiego stopnia, że każdy element swojego życia naznacza tworzeniem.
Kiedy rzeźbi, przestaje go obchodzić świat. Chudnie, zamyka się w sobie, po to, aby zachwycić swoich odbiorców pracami, które możemy podziwiać do dziś. 
Powieść zawiera historie tworzenia wielu jego prac, które pozwalają czytelnikowi na dokładne zapoznanie się z tym, jakie podłoże miało to czy inne dzieło. Gdy później, ogląda się te owoce twórczości, wydają się zupełnie inne, książka nadaje wspaniałej głębi, otwiera oczy. 

Wyczerpująco opisuje relacje z bardzo dużą ilością osób, jakie na swojej drodze napotkał rzeźbiarz. Nie nam oceniać, na ile w tym fantazji autora, a na ile prawdy, ale jedno jest pewne - Irving Stone, żeby napisać tą książkę wyprowadził się do Włoch i przekopał się przez tony pism, aby zdobyć podstawy do napisania najlepszej książki biograficznej, jaką do tej pory trzymałam w swoich rękach.
Sam autor po prostu rozczulił mnie swoją skromnością, kiedy po prawie ośmiuset stronach niesamowitej opowieści jedyne, co napisał o sobie, zamieścił ledwo co na jednej stronie. W większości podziękowań dla ludzi, którzy udostępnili mu teksty źródłowe. Jednak zanim zachęcę Was do przeczytania tej książki, muszę   ostrzec - to osiemset stron, które mogą odebrać Wam chwilowo życie. Jedno wiem na pewno - to pierwsza książka tego autora, którą czytałam, ale chcę więcej. Irving Stone to solidna firma, a "Udręka i ekstaza" to książka po prostu nie do zapomnienia. Pozwala unieść się przynajmniej kilkanaście centymetrów ponad szarą rzeczywistość, uczy wrażliwości. 



Fragment fresku z Kaplicy Sykstyńskiej. W skórze karconego łotra - grzesznika, umieścił siebie Michał Anioł.
Widać to m.in po charakterystycznym kształcie nosa, zniekształconym po bójce w pracowni (artysta miał z tego powodu kompleksy)


Dla spragnionych tematu polecam film na youtubie, z serii "Wielcy malarze":






niedziela, 3 lipca 2011

"Claude i Camille" Stephanie Cowell +konkurs


Wydaje mi się, że większość czytających kobiet musi raz na jakiś czas sięgnąć po jakieś romansidło. Taka już nasza kobieca natura i nie ma co z nią walczyć. 
Po przeczytaniu "Claude i Camille" Stephanie Cowell z nieukrywaną radością stwierdzam, że to nie jest romansidło, jakiego bym się spodziewała. To prawdziwa historia,świetnie napisana, oparta na faktach. 

W tym przypadku na życiu malarza, człowieka, który był jednym z tworzących filar impresjonizmu. Claude Monet to ktoś, kogo nie trzeba przedstawiać, chyba każdy, przynajmniej raz w życiu, widział jakiś jego obraz. Zalicza się do wąskiego grona autorów najbardziej rozpoznawalnych.

Wszyscy ci, którzy mają trochę więcej wiedzy na temat malarza doskonale wiedzą, że muzą i natchnieniem i modelką wielu jego obrazów była Camille. Historia ich trudnej miłości to główny wątek powieści. 
Dlaczego trudnej? Camille pochodziła z wyższych sfer, była tzw. panienką z dobrego domu, a poznała Moneta w momencie, w którym malarz klepał artystyczną biedę, pomieszkując ze swoimi twórczymi kolegami. Połączyło ich silne, gorące uczucie, które było absolutnie sprzeczne z oczekiwaniami rodziców dziewczyny. 

Książka ta to wspaniała opowieść o tym, jakie trudy niesie za sobą bycie artystą. Pokazuje ten aspekt z wielu stron, sfery uczuciowej jak i tej bardziej przyziemnej. 
Przede wszystkim, wywołuje we mnie ogrom podziwu dla Moneta, za odwagę, jaką w sobie miał, w tworzeniu czegoś, co kiedyś było prekursorskie.
Autorka rozpieszcza wyobraźnię niezwykle bujnym językiem, który w niektórych momentach powieści wręcz naśladuje impresjonizm, mocą barw, uczuć i kolorów. 
Ta powieść idealnie oddaje problemy głównych bohaterów, jest wehikułem czasu, który zabiera nas do rzeczywistości, w jakiej żył malarz. Godna polecenia dla wszystkich, tych bardziej jak i tych mniej zainteresowanych sztuką. 



PS. Z ciekawostek - w polskich zbiorach jest jeden obraz autorstwa Moneta. 
To "Plaża w Pourville", znajduje się w Muzeum Narodowym w Poznaniu.







Najmocniej Was przepraszam, za te kilka dni przerwy! :) Mam masę zaległości do przeczytania i już nie mogę się doczekać, aż w końcu zabiorę się za Wasze recenzje.
W ramach przeprosiń, udostępniam informację o konkursie, dość nietypowym - bo organizowanym przez Znak i ... PKP Intercity. Do wygrania jest to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli książki!

"30 czerwca mija dokładnie 100 lat od dnia urodzin Czesława Miłosza
PKP Intercity żywo uczestniczy w obchodach roku poety, angażując się w inicjatywy mające na celu popularyzację jego twórczości. Dlatego w ten szczególny dzień mamy dla Państwa niespodziankę – książki autorstwa samego Czesława Miłosza, a także: głośną biografię poety pióra Andrzeja Franaszka, powieści Mario Vargas Llosy oraz J.M. Coetzee’ego. Wszystkie wydane i ufundowane przez krakowskie Wydawnictwo Znak.
By je zdobyć, wystarczy podać i - co ważne! - opisać najbardziej malowniczą, Państwa zdaniem, trasę kolejową w Polsce. Nie stawiamy żadnych ograniczeń co do formy i objętości opisu - wszystkie rodzaje i gatunki literackie dozwolone. Tekst może być wzbogacony zdjęciami, ale same fotografie nie mogą brać udziału w konkursie.
Propozycje tras wraz z opisem przesyłać należy mailem na adres konkurs@intercity.pl do 14 lipca br. W treści maila muszą znaleźć się także dane Uczestnika, jego adres i numer telefonu do kontaktu." Więcej informacji:












niedziela, 8 maja 2011

"Potęga sztuki" Simon Shama (BBC)

Fenomen mijającego właśnie weekendu polegał na tym, że nie było w nim prawie niczego, co nie było związane z historią sztuki. I tak oto, węsząc na półkach u Beci (którą miałam pozdrowić serduszkiem, więc czynię to z największą przyjemnością <3), odkryłyśmy prawdziwą perłę.
Mogę dodać jedynie, że panoszę się po Jej półkach jak najgorsza zaraza, pożyczając płyty, książki, filmy i wyjadając przepyszne ciasto z rabarbarem.... Nie chcielibyście mieć w domu takiego gościa jak ja! :)
Fenomen czytelnego przekazu i takiego, który zostaje nam w głowach polega na tym, kto, ale przede wszystkim jak do nas mówi. Tyczy się to każdej medialnej dziedziny, od reklamy aż po serial... np. taki o historii sztuki. 
Niby coś tam wiemy. Niby było, na historii, czy na wiedzy o kulturze, ale tak naprawdę, kto potrafi wymienić kilka tytułów prac tych kilku najlepszych? I to nie na zasadzie karabinu maszynowego albo zakuć-zdać-zapomnieć?
Zawsze mnie zastanawia to, ile tak naprawdę jest osób, które potrafią zachwycić się sztuką. 
Dzisiaj chodzimy masowo na koncerty, a kiedyś do muzeum, w celu zobaczenia kontrowersyjnego obrazu, potrafiło przyjść 60 tysięcy ludzi...


Nie wszyscy możemy sobie pozwolić na studia na Columbia University w Nowym Jorku, ale dzięki tej serialowej perełce, możemy miło i pożytecznie spędzić czas wraz z wykładowcą owej uczelni, który zajmuje się historią oraz historią sztuki.Simon Shama w bardzo nowatorski i ciekawy sposób zabiera nas w świat oraz realia życiowe artysty, o jakim mówi. Inscenizacje, realizowane przez aktorów oraz świetnie dopracowane kadry sprawiają, że historie wielkich twórców naprawdę ogląda się jak ulubiony serial. Co najważniejsze, nie ma w tym ani jednej nutki tandeciarstwa.
Naprawdę widać, że ktoś się napracował, dzieło jest perfekcyjne, a każdy odcinek idealnie opracowany, nawet jeśli chodzi o muzykę.
Choć przy każdym opisie odcinka zobaczymy tytuły dzieł, jakie będą omawiane, Simon nie skupia się tylko i wyłącznie na nich. Pokazuje szeroki konspekt interpretacyjny obrazu, wyciąga z mrocznych zakamarków biografii naprawdę ciekawe fakty.
Czasem warto spojrzeć na nawet te najbardziej "oklepane" dzieła w zupełnie inny sposób, do tego właśnie prowokuje nas Simon Shama, którym swoją serią potrafi wprowadzić odrobinę wiedzy do nawet najbardziej odpornych na sztukę umysłów.

I tak jak wielki plus otrzymuje ode mnie pan Simon, za świetnie zrobiony serial, tak wielki minus otrzymuje pan, który tworzył polskie napisy. Gratuluję podpisania się własnym nazwiskiem pod napisami do serialu z błędami w pisowni, w głowie mi się nie mieści jak polski dystrybutor mógł coś takiego zatwierdzić.

PS. A dla wszystkich, których udało mi się zachęcić mam dwie, dobre informacje.
Dla anglojęzycznych, link do strony BBC, gdzie można odcinki obejrzeć - http://www.bbc.co.uk/arts/powerofart/intro.shtml
A dla osób władających wyłącznie naszym rodzimym językiem, kanał na yt, gdzie również można obejrzeć wszystkie odcinki serialu wraz z lektorem -http://www.youtube.com/user/PotegaSztuki


czwartek, 23 grudnia 2010

Vincent jakiego nie znamy.




"Zainteresowanie, jakie okazano mu po śmierci,
 było równie ogromne jak obojętność towarzysząca mu za życia."*







Nie wiem, czy wszyscy posiadają tak bliskie osoby, jaką posiadał Vincent van Gogh. Tak, ten Vincent, który nie przypomina nam na tym zdjęciu słynnego malarza, którego zna każdy szanujący się człowiek, ubiegający się o określenie "przeciętnie inteligentny".
Nie przypomina, bo na tym zdjęciu widzimy Vincenta osiemnastoletniego, ale wiem jedno: jeśli ktoś posiada takiego przyjaciela, który jest wsparciem w najgorszych sytuacjach (nawet finansowych), posiada ogromne szczęście.
Bez Theo nie byłoby Vincenta. 
Zapamiętajmy sobie to zdanie.
Skąd te refleksje?
Lektura listów, które Vincent napisał do Theo. Zbiór kilkuset, często bardzo osobistych listów, napisanych w latach 1872-1890.
I taki lekkie westchnienie tęsknoty, po co nam cholerne facebooki i nasze klasy, skoro jesteśmy teoretycznie tak blisko, a praktycznie tak daleko, bo czy ktoś, teraz, potrafiłby napisać kilkaset szczerych, wręcz intymnych listów (albo lepiej e-maili), o wszystkich beznadziejnościach swojego życia, ale bez zbędnego użalania się nad sobą? Ja bym chyba nie umiała.
Z całkiem ciekawych faktów, które ukazała mi te książka, jest niewątpliwe fakt, że Vincent był osobą bardzo, bardzo religijną.


                                                  Bohater drugiego, jakże ważnego planu,
                                                   Theo van Gogh,w wieku 21 lat.


Ponadto, nie spodziewałam się tego, że myśli Vincenta, zrobią na mnie takie wrażenie, jakie zrobiły.
Nie jest to lektura do zatłoczonego autobusu czy do czytania podczas szkolnej przerwy.
Ta książka strasznie wycisza, zmusza do refleksji.
Ponadto, pokazuje trudną drogę życiowego niezdecydowania, przez jaką przeszedł artysta.
Nawet jeśli nie zostałby sławnym malarzem, a ktoś przeczytałby te listy, wyczułby wrażliwość, jaką posiadać może tylko artysta.
Jeśli ktoś jest w stanie w ramach czynienia cudów wygospodarować czas zanim upiecze 1500 pierniczków i posprząta mieszkanie na błysk, warto się skusić.



"Są bowiem próżniacy i próżniacy.
Są próżniacy z lenistwa i podłości charakteru, z nikczemności natury- jeśli chcesz, możesz mnie uznać za jednego z nich.
Ale są inni próżniacy,próżniacy mimo woli,których trawi wielkie pragnienie czynu, którzy nie robią nic,ponieważ nie mają żadnych możliwości, żeby cokolwiek robić:są jak gdyby zamknięci w więzieniu, nie mają warunków niezbędnych do produktywności, fatalne okoliczności sprowadziły ich do tego punktu; tacy nie wiedzą sami, co mogliby robić, ale czują instynktownie, że są zdolni do czegoś, że mają swoją rację istnienia! Wiem, że mógłbym być zupełnie innym człowiekiem. Na co więc mógłbym się przydać, czemu mógłbym służyć? Jest we mnie coś, ale co to jest?
To inny rodzaj próżniaków- jeśli chcesz, możesz mnie uznać za jednego z nich!'
Ptak w klatce, czuje doskonale na wiosnę, że na coś mógłby się przydać, czuje, że miałby coś do zrobienia, ale nie może tego zrobić - co to jest? Nie pamięta, jego myśli są niejasne i powiada sobie:"Inne ptaki lepią gniazda, mają małe i wychowują je." Wówczas bije głową o pręty klatki.
Ale klatka jest klatką i ptak szaleje z bólu.
"Oto próżniak" mówi inny ptak przelatując. To coś w rodzaju rentiera. 
Tymczasem więzień żyje, nie umiera, na zewnątrz nie widać nic z tego, co się dzieje w jego wnętrzu, jest zdrowy, a nawet cieszy się promieniem słońca.
Ale nadchodzi pora odlotu. Napad melancholii - dzieci, które się nim opiekują, mówią: on ma przecież wszystko, czego mu potrzeba- ale on patrzy na niebo ciężkie, chmurne i czuje w sobie bunt przeciwko swemu losowi.
"Jestem w klatce, jestem w klatce, nie brak mi niczego, głupcy! Mam wszystko, czego mi potrzeba! Och, łaski, wolności, móc być ptakiem jak wszystkie ptaki!"
Pewien rodzaj próżniaka- człowieka przypomina pewien rodzaj próżniaka- ptaka.
Ludzie często nie mogą nic robić, są więźniami w jakiejś strasznej, strasznej, najstraszniejszej klatce.
Wiem również, że nadchodzi wyzwolenie, późne wyzwolenie.
Popsuta słusznie lub niesłusznie opinia, ubóstwo, fatalne zbiegi okoliczności, nieszczęścia - wszystko to tworzy więźniów.
Nie zawsze można powiedzieć, co nas zamyka, co zamurowuje, co grzebie, ale czujemy bariery, kraty, mury.
Czy to wszystko jest tylko wyobraźnią, fantazją? Nie sądzę; i zadaję sobie pytanie:mój Boże, czy to na długo, czy to na zawsze, na wieczność?
Wiesz, co burzy więzienie? Wszelkie uczucie głębokie, poważne- więzienie otwiera przyjaźń, braterstwo, miłość- dzięki potędze uczucia, jego nieodpartemu urokowi. 
Ale ten, komu brak uczucia, trwa w śmierci.
Tam gdzie rodzi się sympatia, rodzi się życie."



*fragment przedmowy Joanny Guze 




Vincent van Gogh, "Listy do brata",  "Czytelnik", Warszawa, 1964.