Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korespondencja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korespondencja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 listopada 2012

"Historia pewnego małżeństwa.Listy Bronisława Malinowskiego i Elsie Masson"

Wydania korespondencji wzbudzają we mnie nostalgiczne poruszenie. Że współcześnie nasza komunikacja jest nastawiona na to, aby mieć jak najwięcej, jak najszybciej. Kiedy do moich rąk trafiła książka z listami sprzed prawie stu lat pisanymi z przedziwnych zakątków całego świata,obudził się we mnie jakiś niedosyt. 
Wiele pozytywnych bodźców na to wpłynęło.
Czułe słowa zakochanych, ciekawe przedmowy, egzotyczne zakątki opisywane przez Malinowskiego oraz piękne wydanie książki. Opatrzone w większości czarno-białymi fotografiami, z których spoglądają na nas poszczególni członkowie rodzin. 
Dzięki słowom wstępu mam też świadomość, jak dużo wysiłku zostało włożonego w uporządkowanie listów rozsianych po świecie. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, jak bardzo wyjątkowa jest książka, której stałam się szczęśliwą posiadaczką. 
"Historia pewnego małżeństwa.Listy Bronisława Malinowskiego i Elsie Masson" to nie tylko powrót do zapomnianej sztuki epistolografii. W przypadku tej pary, specyfika pracy Bronisława Malinowskiego spowodowała, że przez wiele lat była to ich jedyna forma utrzymywania kontaktu. Słowo pisane było tym, czym żywiła się ich relacja. Ważnym elementem związku.
Podobało mi się to, że dzięki lekturze korespondencji Malinowski przestał być dla mnie tylko naukowcem. Stał się człowiekiem, razem z wątpliwościami i wahaniami nastroju, które (o dziwo) posiadał. Od kuchni jego praca nie wyglądała zawsze tak kolorowo i doszłam do wniosku, że Elsie wiele musiała przetrzymać, mając męża na drugim końcu świata i trójkę dzieci. Choć absolutnie nie przeszkadzało jej to w byciu zaangażowaną w działalność naukową ukochanego. Niewątpliwie była silną partnerką u jego boku, którą bardzo cenił za intelekt. Czuje się to w korespondencji, że choć Bronisław był "tym znanym panem naukowcem" to jednak Elsie intelektualnie nie wlokła się trzy kroki za nim. Uwielbiałam też dynamikę wydarzeń, odniosłam wrażenie, że w ich życiu nie było miejsca na nudę. A to Broniu wyjeżdżał, rodziła się córka, wybuchała wojna, zmieniali miejsce zamieszkania... Ciągle coś!
Malinowski kochał swoją żonę, ujęły mnie za serce fragmenty, w których był bardzo zaniepokojony stanem zdrowia swojej ukochanej, który niestety, ulegał pogorszeniu. 
Wyobrażenie nieomal całkowicie pozbawionej władzy w rękach kobiety dyktującej długie listy do swojego męża to obraz, który zapadł mi w pamięć. 
Podczas lektury odniosłam wrażenie, że Elsie musiała w pewnych momentach czuć się bardzo osamotniona. To właśnie spowodowało, że mój odbiór książki był różny, słowa kochanków wzbudzają optymizm, ale ten medal ma swoją drugą stronę. 


Korespondencja Bronisława i Elsie mogą udzielić współczesnemu odbiorcy pewnego rodzaju lekcji.
Najbardziej oczywista to ta związana z historią i kulturą, ale mnie urzekł charakter ich związku. Pomimo różnych wydarzeń, z ich listów emanuje spokój oraz miłość, będąca przy nich zawsze i wszędzie. Będąc osobno, potrafili pozostać dla siebie najważniejsi, nie tracąc siebie nawzajem. Pięknie się "ich" czyta, nawet jeśli napisane przez nich słowa mają kilkadziesiąt lat. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza


poniedziałek, 28 marca 2011

Osiecka&Hłasko.

Uwielbiam Agnieszkę Osiecką. 
Chyba już nawet przestałam mieć wyrzuty sumienia, że jeśli chodzi o tę postać, jestem jak 
natrętny podglądacz, który lubi zajrzeć wszędzie, nawet jeśli ma to być dziurka od klucza w sypialni.
Głód mojej wiedzy na temat tej miłosnej historii przeszedł sam siebie, jest po północy, a ja szukam i szukam, czytam i czytam, nie mogę skończyć.


"- Agnieszka. - Co, kochanie? - Gdybym nie miał ciebie, nie chciałoby mi się żyć. Ty jesteś teraz jedyną rzeczą, w którą wierzę naprawdę. Ty, nic więcej. Mam chyba prawo tak myśleć. Gdybym nie miał ciebie, zrobiłbym wszystko, aby się zgnoić do końca, tak, żeby już nigdy nie kochać, nigdy nie wierzyć i nigdy nie cierpieć. Bez ciebie ta strona krat nie ma dla mnie sensu, tak samo jak i tamta. Rozumiesz? - Tak. Ale nie mów już o tym. Myśl o jutrze. - Dobrze. - Przyrzeknij mi. Przyrzeknij mi, że będziesz myślał tylko o jutrze, że nie wspomnisz nawet o tamtym wszystkim. Dobrze? - Tak." 

Kiedy czytałam ten fragment, gdzieś zaświeciła mi mała żarówka nad głową.
Nie lubię lektur szkolnych, mimo tego, że je czytam, więc przyszła i pora na "Opowiadania" Marka Hłasko (nie wiem czy wiecie, ale życzeniem autora było nieodmienianie nazwiska).
No tak, "Rozmowy w tańcu", przecież Osiecka wspominała o Marku.
Do końca swoich dni pisała na maszynie, którą dostała właśnie od Niego, przed wyjazdem pisarza do Stanów.

Choć Osiecka w relacjach z mężczyznami była raczej kobietą typu modliszka, Marek podbił Jej serce swoją początkową obojętnością. Poznali się, gdy poetka miała zaledwie dwadzieścia lat, przez kompletny przypadek. 
Pasowali do siebie, choć, jak twierdzą niektórzy, było w nich więcej flirtu niż miłości. 
Obydwoje prowadzili życie pełne artystycznego aktywizmu - pisania tekstów, spotkań...
Mieli w sobie szaleństwo. Marek podobno wrócił kiedyś z Łodzi w blond- pomarańczowych włosach. 

Zanim Hłasko wyjechał na stypendium do Paryża, oświadczył się Osieckiej.
I właśnie tutaj poczułam się jak natrętny podglądacz, dlatego, że tam, gdzie pojawia się tęsknota, pojawia się i korespondencja.
Kto czytał "Listy na wyczerpanym papierze" ten wie, jak się czyta miłość Osieckiej.
Ciekawe, co się stało z tymi listami, czy kiedykolwiek doczekają się jakiejś szerszej publikacji...



Tu nie chodzi o to, żebym ja na Ciebie liczyła. Chodzi o to, żebyś Ty na mnie liczył .Żebyś wiedział, żebyś zawsze wiedział, że masz na świecie człowieka, do którego w każdy dzień, w każdym stanie i o każdej godzinie możesz przyjść...

Bo nie przeraża mnie to, że mówisz o sobie złe słowa. Nawet wtedy, kiedy dzwonisz późno wieczorem i powtarzasz ,"jestem wrak". Bo to nieprawda.

Marek, masz w sobie to najpiękniejsze, co może mieć człowiek - prawdę. Nie chcesz być taki jak świat, w którym żyjesz. Jesteś najodważniejszy z naszego pokolenia, bo widzisz prawdę nawet tam, gdzie to bardzo boli.

Jesteś bardzo piękny i bardzo wiele wart.

(Agnieszka do Marka, 1957)

Zabawne w tej historii jest to, że na wskutek wielu, wielu perypetii, z jakimi przyszło się zmagać Markowi, z Agnieszką spotkał się dopiero w 1968.
Nie w Polsce i nie w Paryżu. W Los Angeles.

Mam też wrażenie, że ta podróż wieloletnia podróż dała najwięcej Markowi. 
Mógł pracować nad książkami, które nie były mile widziane przez ówczesny ustrój w kraju, rozwinął się, nie chciał wracać do kraju. Nie był też święty, zdradzał Agnieszkę, bo która kobieta oparłaby się pisarzowi nazywanemu polskim Jamesem Deanem?
"Kosił baby jak ułan", takie opinie podobno o Nim krążyły.

Gdyby mi ktoś powiedział, gdybym miał choć odrobinę gwarancji, że będę mógł być z Tobą, choć przez rok, choć przez pół roku, a potem - śmierć, to bym pojechał do Ciebie. To nie melodramat; to wyznanie tego, który na pewno - z całym idiotyzmem i kabotynizmem - najwięcej Cię kochał. W końcu przyjdzie taka noc. kiedy prześpisz się z innym. Ja Ci się nigdy nie podobałem, ale to inna sprawa. Mnie lepiej być pijanym, niż myśleć, że ta chwila w końcu przyjdzie. Ale jeszcze nie rób nic ostatecznego. Jesteś taka młoda. Masz jeszcze czas. Każdy chce być szczęśliwy. Ja chciałem być szczęśliwszy od innych. Ale Bóg mnie ukarał. Balem się o Ciebie. Wiesz czego się bałem. Ale dzisiaj, to wszystko co nas dzieliło, nie wydaje się tak ważne.

Trzeba być bardzo pijanym, żeby moc tak pisać. Ale mówię Ci - gdybym miał gwarancję, że będę z Tobą chociaż rok, a potem mnie zabiją - przyjechałbym do Ciebie. Nie ma, nie było - okazuje się - nic ważniejszego od Ciebie. Ale nie da mi nikt choć tej odrobiny. A w końcu wszystko jedno, gdzie człowiek jest cudzoziemcem. Ale czekaj. Jeszcze czekaj. Jesteś taka młoda. To nic nie znaczy, bo powinnaś właśnie teraz być szczęśliwa. Ale ja też jestem sam: pamiętaj, że jestem zupełnie sam i wszystko, czym żyję, to panna Czaczkes. Jeszcze trochę czekaj Jeszcze trochę, ja też nie jestem szczęśliwy.
Czekaj, czekaj


Marek

List opublikowany w: O miłości. Listy pisarzy polskich. Od Mickiewicza do Marka Hłaski, Warszawa 1997, s. 248.
Pierwodruk: Temida Stankiewicz- Podhorecka, Listy Marka Hłaski, Warszawa 1994.




W napisaniu tej notki bardzo pomogła mi fenomenalna strona internetowa o Marku, na którą serdecznie Was zapraszam http://www.marekhlasko.republika.pl/

niedziela, 9 stycznia 2011

O takich dwóch, co bardzo się kochali, może nawet za bardzo...

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. 

Wydaje mi się, że nie ma jaśniejszych gwiazd. 
Te dwie osoby są do dzisiaj dla wielu ludzi ogromną inspiracją.
Bo są ikonami, ponadczasowymi.
Nie do podrobienia i co najważniejsze, nie do zastąpienia.

A co, jeśli, dwie tak ważne osoby postanawiają w jakikolwiek sposób związać się ze sobą uczuciowo?
Powstają listy, setki tysięcy niesamowitych słów, które na wiele lat lądują w szufladach, aby w końcu trafić do naszych rąk. I takim o to sposobem, możemy zakupić "Listy na wyczerpanym papierze".
Moje pojawiły się pod choinką. 



Przy okazji listów van Gogha pisałam o tym, że z uwagi na aktualną epokę jesteśmy ubodzy w słowa, rozleniwieni. Czułam to czytając listy van Gogha, ale czytając ich listy, to uczucie było spotęgowane.
Wielokrotnie.
Z świetnie napisanej przedmowy (autorstwa Magdy Umer) dowiadujemy się, że ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Było w niej za dużo pretensji, kłótni, przy tym całym ogromie uczuć, który nas zasypuje, gdy tylko weźmiemy tą lekturę do ręki.
 Umer zacytowała Przyborę, który po śmierci Agnieszki miał o listach powiedzieć: "(...)nie jestem w stanie tego zniszczyć.Myślę,że literatura polska by nam tego nie wybaczyła."
Owszem, nie wybaczyłaby. 

Dawno nie czytałam czegoś tak porażająco czułego. 
Jakby kopnął mnie niesamowity prąd uczucia, które przecież ma kilkadziesiąt lat, otworzył magiczną skrzynię i mnie zaczarował.

Mam wrażenie, że jest we mnie jakiś taki pierwiastek czułości, który jest w stanie poruszyć tylko kilka zjawisk na tym świecie, m.in ta książka.
Niesamowita jest obserwacja ich wspólnego, rozwijającego się języka. Ich charakterystycznych sformułowań niezrozumiałych dla nas, "na lipę"...
Czytając tą książkę, dostajemy też świetny obraz ówczesnej elity artystycznej.
Czytamy czyjeś zdrobnione w bardzo filuterny sposób imię, sięgamy do przypisów, a tu okazuje się, że mowa jest o kimś wielkim, genialnym.
Ważne jest to, że książka jest wydana w bardzo dobry sposób. Jest przejrzysta, zawiera mnóstwo ciekawych przypisów, fotografii, kopii oryginalnych listów, ale również - audiobook.
Zaskakujący jest fakt, że przy tak ciekawym wydaniu można ją zakupić w granicach trzydziestu złotych.

Kończąc ją, żałowałam. Przeczytałam jeszcze raz.
I gdyby nie fakt, że pożyczyłam ją, pewnie zrobiłabym, to jeszcze raz.
Warta poświęcenia czasu. 



PS.A potem człowiek pisze do swojego lubego i dochodzi do wniosku, że jest tak banalny i powtarzalny, że nic tylko kula w łeb i do piachu. (:



czwartek, 23 grudnia 2010

Vincent jakiego nie znamy.




"Zainteresowanie, jakie okazano mu po śmierci,
 było równie ogromne jak obojętność towarzysząca mu za życia."*







Nie wiem, czy wszyscy posiadają tak bliskie osoby, jaką posiadał Vincent van Gogh. Tak, ten Vincent, który nie przypomina nam na tym zdjęciu słynnego malarza, którego zna każdy szanujący się człowiek, ubiegający się o określenie "przeciętnie inteligentny".
Nie przypomina, bo na tym zdjęciu widzimy Vincenta osiemnastoletniego, ale wiem jedno: jeśli ktoś posiada takiego przyjaciela, który jest wsparciem w najgorszych sytuacjach (nawet finansowych), posiada ogromne szczęście.
Bez Theo nie byłoby Vincenta. 
Zapamiętajmy sobie to zdanie.
Skąd te refleksje?
Lektura listów, które Vincent napisał do Theo. Zbiór kilkuset, często bardzo osobistych listów, napisanych w latach 1872-1890.
I taki lekkie westchnienie tęsknoty, po co nam cholerne facebooki i nasze klasy, skoro jesteśmy teoretycznie tak blisko, a praktycznie tak daleko, bo czy ktoś, teraz, potrafiłby napisać kilkaset szczerych, wręcz intymnych listów (albo lepiej e-maili), o wszystkich beznadziejnościach swojego życia, ale bez zbędnego użalania się nad sobą? Ja bym chyba nie umiała.
Z całkiem ciekawych faktów, które ukazała mi te książka, jest niewątpliwe fakt, że Vincent był osobą bardzo, bardzo religijną.


                                                  Bohater drugiego, jakże ważnego planu,
                                                   Theo van Gogh,w wieku 21 lat.


Ponadto, nie spodziewałam się tego, że myśli Vincenta, zrobią na mnie takie wrażenie, jakie zrobiły.
Nie jest to lektura do zatłoczonego autobusu czy do czytania podczas szkolnej przerwy.
Ta książka strasznie wycisza, zmusza do refleksji.
Ponadto, pokazuje trudną drogę życiowego niezdecydowania, przez jaką przeszedł artysta.
Nawet jeśli nie zostałby sławnym malarzem, a ktoś przeczytałby te listy, wyczułby wrażliwość, jaką posiadać może tylko artysta.
Jeśli ktoś jest w stanie w ramach czynienia cudów wygospodarować czas zanim upiecze 1500 pierniczków i posprząta mieszkanie na błysk, warto się skusić.



"Są bowiem próżniacy i próżniacy.
Są próżniacy z lenistwa i podłości charakteru, z nikczemności natury- jeśli chcesz, możesz mnie uznać za jednego z nich.
Ale są inni próżniacy,próżniacy mimo woli,których trawi wielkie pragnienie czynu, którzy nie robią nic,ponieważ nie mają żadnych możliwości, żeby cokolwiek robić:są jak gdyby zamknięci w więzieniu, nie mają warunków niezbędnych do produktywności, fatalne okoliczności sprowadziły ich do tego punktu; tacy nie wiedzą sami, co mogliby robić, ale czują instynktownie, że są zdolni do czegoś, że mają swoją rację istnienia! Wiem, że mógłbym być zupełnie innym człowiekiem. Na co więc mógłbym się przydać, czemu mógłbym służyć? Jest we mnie coś, ale co to jest?
To inny rodzaj próżniaków- jeśli chcesz, możesz mnie uznać za jednego z nich!'
Ptak w klatce, czuje doskonale na wiosnę, że na coś mógłby się przydać, czuje, że miałby coś do zrobienia, ale nie może tego zrobić - co to jest? Nie pamięta, jego myśli są niejasne i powiada sobie:"Inne ptaki lepią gniazda, mają małe i wychowują je." Wówczas bije głową o pręty klatki.
Ale klatka jest klatką i ptak szaleje z bólu.
"Oto próżniak" mówi inny ptak przelatując. To coś w rodzaju rentiera. 
Tymczasem więzień żyje, nie umiera, na zewnątrz nie widać nic z tego, co się dzieje w jego wnętrzu, jest zdrowy, a nawet cieszy się promieniem słońca.
Ale nadchodzi pora odlotu. Napad melancholii - dzieci, które się nim opiekują, mówią: on ma przecież wszystko, czego mu potrzeba- ale on patrzy na niebo ciężkie, chmurne i czuje w sobie bunt przeciwko swemu losowi.
"Jestem w klatce, jestem w klatce, nie brak mi niczego, głupcy! Mam wszystko, czego mi potrzeba! Och, łaski, wolności, móc być ptakiem jak wszystkie ptaki!"
Pewien rodzaj próżniaka- człowieka przypomina pewien rodzaj próżniaka- ptaka.
Ludzie często nie mogą nic robić, są więźniami w jakiejś strasznej, strasznej, najstraszniejszej klatce.
Wiem również, że nadchodzi wyzwolenie, późne wyzwolenie.
Popsuta słusznie lub niesłusznie opinia, ubóstwo, fatalne zbiegi okoliczności, nieszczęścia - wszystko to tworzy więźniów.
Nie zawsze można powiedzieć, co nas zamyka, co zamurowuje, co grzebie, ale czujemy bariery, kraty, mury.
Czy to wszystko jest tylko wyobraźnią, fantazją? Nie sądzę; i zadaję sobie pytanie:mój Boże, czy to na długo, czy to na zawsze, na wieczność?
Wiesz, co burzy więzienie? Wszelkie uczucie głębokie, poważne- więzienie otwiera przyjaźń, braterstwo, miłość- dzięki potędze uczucia, jego nieodpartemu urokowi. 
Ale ten, komu brak uczucia, trwa w śmierci.
Tam gdzie rodzi się sympatia, rodzi się życie."



*fragment przedmowy Joanny Guze 




Vincent van Gogh, "Listy do brata",  "Czytelnik", Warszawa, 1964.