Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2014

Stephen Rebello "Alfred Hitchock. Nieznana historia "Psychozy""



Hitchock to jedno z moich ulubionych reżyserskich nazwisk. Uwielbiam "Psychozę", szalenie podobał mi się film "Hitchock" opowiadający historię jej powstania. Ale książka to klapa
Może nie taka przez wielkie "k", ale jednak z bólem serca przyznaję, że się zawiodłam.

W przedmowie, Stephen Rebello zrobił mi ogromnego smaka. Wspomina o tym, że miał okazję przeprowadzić wywiad z artystą przed jego śmiercią, że "Psychoza" i  proces jej tworzenia wzbudził w nim ogromną ciekawość. Nie czuję tej fascynacji, zapału czy wręcz szaleństwa, o jakim wspomina. 
Owszem, mamy zbiór faktów, ciekawostek, ale połączone ze sobą nie stworzyły spójnej opowieści zapierającej wdech. Nie ma w niej lekkości, zabrakło czegoś, co sprawiłoby, że chociaż na sekundę poczułabym się jako ktoś, kto na planie kultowego filmu faktycznie jest.

Po przeczytaniu książki zastanawiałam się: czy to bezbarwne coś  na pewno było podstawą to stworzenia tak interesująco zrobionego "Hitchocka"? Przecież to niemożliwe. W kinie siedziałam zafascynowana, nad książką prawie zasnęłam. Coś tu jest nie tak.
"Alfred Hitchock..." Stephena Rebello jest świetnym przykładem na to, że jak brakuje warsztatu literackiego to nawet charyzma tak barwnej postaci nie okaże się deską ratunkową.  


sobota, 13 kwietnia 2013

Emily Giffin "Siedem lat później"


Zdrada to problem postrzegany często w biało czarnych barwach. Ktoś jest dobry, a inny jest skończonym łajdakiem. Emily Giffin w "Siedem lat później" poszerza tę wąską gamę kolorystyczną o szarości. O wątpliwości serca, które jest wiele lat związane z jedną osobą. O trudną sytuację matki samotnie wychowującą dziecko. Prosta historia, stara jak świat. Jest mężczyzna i o jedną kobietę za dużo. On jest chirurgiem plastycznym, cudotwórczym doktorem Russo. Tess jest jego żoną, która ugrzęzła w domowych papciach przy dwójce dzieci. A Valerie jest matką chłopca, który na wskutek wypadku został pacjentem, zdanym na pomoc i talent doktora. 

"Siedem lat później" spełnia wszystkie warunki tzw. czytadła. Prosty język, ciekawi bohaterowie (w tym tacy, których już poznaliśmy), intryga. Zmienność narracji spowodowała, że tak jak normalnie "staję" po stronie któregoś z bohaterów tak tu nie mogłam. Z łatwością wczułam się w sytuację każdej z przedstawionych postaci. Napięcie pod koniec książki było odczuwalne, ponieważ był taki moment, że kompletnie nie wiedziałam jak ona może się zakończyć. 

Zachowuję kolejność w czytaniu książek Emily Giffin i to właśnie pomaga mi zauważyć, jak bardzo rozwija się ta pisarka. Idzie jak burza, a każde jej wcielenie przypada mi do gustu. Jeśli mam ochotę na coś z odrobinę lżejszej półki, amerykańska autorka jest dla mnie jednym z literackich pewniaków. Nie zawiodła i tym razem. Może "Siedem lat później" nie jest literaturą powalającą na kolana, ale jest zajmującym uwagę, czytelniczym przerywnikiem godnym polecenia.

poniedziałek, 11 lutego 2013

"Piąta Aleja, piąta rano. Audrey Hepburn i inni goście" Sam Wasson


Klasa, elegancja, ponadczasowość. "Są zwykli ludzie i jest Audrey Hepburn." - takie zdanie wypowiada jeden z bohaterów. Są zwykłe komedie romantyczne i jest "Breakfast at Tiffany's". Dla wszystkich wyznawców tej zasady książka Sama Wassona "Piąta Aleja, piąta rano. Audrey Hepburn i inni goście" jest lekturą obowiązkową.

Poznanie wszystkich ciekawostek sprzedanych przez autora w tonie lekkim niczym plotka to prawdziwa przyjemność. Okazuje się, że za sukcesem filmu stoi nie tylko filigranowa aktorka, ale sztab innych, charyzmatycznych ludzi. Możliwość poznania dzieła od strony barwnych kuluarów sprawia, że książkę pochłania się błyskawicznie. Z nieustającym zachwytem.
 Jako czytelnik czułam się, jakbym niemalże brała udział w powstawaniu jednego z najbardziej kultowych filmów wszech czasów. Sam Wasson swoją książką stawia na planie filmu, obok krzesła dla reżysera, dodatkowe siedzenie. Tylko dla mnie, czytelnika jego książki. Fantastycznie było dowiedzieć się, jak naprawdę powstała moja ulubiona scena, imprezy urządzonej w apartamencie Holly Golightly oraz jak wyglądał casting na kota.



Jeżeli będziecie w księgarni to pragnę zwrócić Waszą uwagę na estetykę, w jakiej utrzymano to wydanie. Jest piękne, posiadanie takiej książki na półce może być nie tylko przyjemnością z uwagi na zawartość, ale także na walory zewnętrzne. Na największe brawa zasługuje autor, który przekopał się przez długą listę źródeł, co z pewnością wpłynęło na tak dobry efekt końcowy. Nie zabrakło "czegoś od siebie", autora charakteryzuje gawędziarski ton luzaka.Niejeden sen z powiek zabrał mu ten film, mam nadzieję, że pozostał jego pasjonatem.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Światu Książki

piątek, 11 stycznia 2013

Chuck Palahniuk "Udław się"


Zacznę od małej dygresji - zakochałam się w okładce tej książki. Minimalistyczna, ciekawa, pobudzająca wyobraźnię. Cieszę się, że wydawnictwo Niebieska Studnia postanowiło wykorzystać talent artysty z Polski, bo bardzo rzadko zdarza się, że zdjęcie, które widzimy na okładce jest made in Poland. Mam świadomość, że kompletnie się nie znam na tym, jak wygląda to z drugiej strony barykady, co nie zmienia faktu, że wspierać trzeba naszych. 
A okładkę zaprojektował Paweł Jońca, zerknijcie proszę na Jego prace :) Moim skromnym zdaniem, są świetne.


"Udław się" wybrałam na swoje pierwsze spotkanie z Autorem,Którego Wszyscy Już Czytali.  
Głównym bohaterem powieści jest Victor Mancini cierpiący na seksoholizm.
Boryka się z tym schorzeniem nie mogąc przejść programu dla osób uzależnionych. Sprawę utrudnia matka, której zamknięcie w zakładzie psychiatrycznym przywołuje w naszym bohaterze wspomnienia z dzieciństwa. To, co wyprawiała ta pani jest świetnym antyprzykładem do programu "Superniania", tyle, że z tymi wspomnieniami boryka się dorosły już człowiek. 

Nie dajcie się zwieść przekonaniu, że to książka o seksie. Dla mnie to wielowarstwowa opowieść o tym, jak to jest, kiedy mamy tak dużo, że się tym zaczynami dławić. Uświadomiłam sobie, że zamiast seksu, można by wstawić Facebooka czy jedzenie. Dość bolesny portret współczesnego człowieka, ale jakże prawdziwy. 

Świat, jaki pokazuje Palahniuk jest pełen cynizmu, zaprzeczeń, kłamstw, absurdów. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim błąka się zagubiony człowiek, skołatany przez swoje problemy. 
Trudna rzeczywistość jest przeplatana przez jeszcze trudniejszą przeszłość i koło się toczy. 
Choć nie mogę wiele zarzucić Palahniukowi, bo podobał mi się styl pisania autora oraz koncepcja książki, to mam wrażenie, że nie dobrałam odpowiednio lektury. Najzwyczajniej w świecie, była ona na chwilę obecną dla mnie za ciężka, musiałam często robić przerwy podczas jej czytania. Bo oprócz trudnej tematyki, Palahniuk stosuje wiele zawirowań i przekrętów, żeby czytelnik się milion razy pogubił, zanim się odnajdzie. 
"Udław się" było dla mnie momentami jak czytanie podczas jazdy na karuzeli, jest skomplikowane i powoduje, że kręci ci się w głowie. Ale pomimo tego, moim zdaniem, warto. To lektura, w którą trzeba włożyć więcej wysiłku. Autor zabiera istotny głos w ważnej dyskusji. Nawet jeśli robi to momentami w sposób, który mnie odrzuca, to i tak pozostaje bardzo intrygujący. Polecam czytelnikom wytrwałym, którzy nie boją się wyzwań. 



PS. Już jakiś czas temu zapraszałam Was do słuchania radia, w którym jestem spikerem, ale tym razem będę zapraszać Was regularnie. W styczniowe soboty, od szesnastej do siedemnastej poprowadzę CoolTurę.Do usłyszenia tu lub na 91.6 fm we Wrocławiu. 

czwartek, 11 października 2012

"Pandemonium" Lauren Olivier

Miłość jako prawne wykroczenie to motyw, który nie był mi wcześniej znany. 
Lauren Olivier stworzyła dość osobliwą koncepcję uczucia, będącego w świecie "Pandemonium" czymś niedozwolonym i zakazanym. Jej synonimem jest choroba psychiczna. 

Podobał mi się ten zamysł i to, jak działał schemat świata przedstawionego w powieści. Czytałam niektóre fragmenty z zaciekawieniem, bo pomysł, jaki pojawił się w głowie amerykańskiej autorki, bardzo mnie zaintrygował. Niestety, był to jeden z nielicznych aspektów,które przypadły mi do gustu.
Odnoszę wrażenie, że "Pandemonium" jest ogłupiająco schematyczne.
Rozumiem, że literatura młodzieżowa rządzi się własnymi prawami, jest przeznaczona do konkretnej rzeszy odbiorców, ale czułam się za stara, żeby to czytać. Spodziewałam się wciągającej lektury, po której będę chciała więcej, a dostałam powieść, którą owszem, przeczytałam, ale bez wypieków na twarzy i nocy spędzonej z latarką oświetlającą litery.  

Narracja toczy się dwutorowo, Lena opowiada o przeszłości i teraźniejszości. Widzimy różnice, jakie zachodzą w postawie i zachowaniach głównej bohaterki, która pod wpływem wydarzeń związanych z tępieniem miłości, dojrzewa. Klapki z jej oczu opadają, jej horyzonty myślowe stają się szersze. Wątek jej zmian mi się podobał, w ciekawy sposób pokazuje wyłamywanie się ze schematów. Ta dość abstrakcyjna sytuacja może być życiowym drogowskazem, pokazaniem, że nasze postrzeganie świata nie wiąże się z dokonywaniem właściwych wyborów.A wszystko to, gdy ma się jedynie naście lat.Strasznie dorośli stają się ostatnio ci nasolatkowie w książkach, taki schemat nie do końca mi odpowiada.
 Oczywiście, do obrania pewnej ścieżki przyczyniają się bohaterowie, jakich spotka na swojej drodze. Tu z kolei podobała mi się troska, z jaką otaczali siebie wzajemnie ci, którzy mieli odwagę się przeciwstawić władzy. Słabsi chronią się pod skrzydłami silniejszych, nie ma miejsca na rywalizację.

Choć emocje, jakimi jest naładowana ta książka, wydały mi się bardzo silne i negatywne (być może obcowanie w świecie bez miłości nie jest dla mnie) to jednak, nie porwała mnie ona absolutnie. Moja czytelnicza dusza pozostaje obojętna wobec bestselleru, który spodobał się tak wielu osobom, także z polskich blogów książkowych. Trudno się mówi i ... czyta się dalej. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwarte

wtorek, 11 września 2012

Richard Paul Evans "Doskonały dzień"

Richard Paul Evans nie jest twórcą arcydzieł. I m.in za to Go lubię, bo to sprawdzona marka, która wyciśnie z nas łzy i sprawi, że docenimy najbliższych.
Smaka na "Doskonały dzień" zrobił mi osobiście, ponieważ na spotkaniu z pisarzem, w którym miałam okazję brać udział, opowiadał o niej i o swoich literackich początkach bardzo dużo.

Trudno się dziwić, bo główny bohater, Bob, ma wiele wspólnego z autorem powieści - obydwoje w stosunkowo krótkim czasie stali się bestsellerowymi autorami. Z całym bagażem odpowiedzialności, jaki niesie za sobą ten przywilej - brakiem czasu dla rodziny, koniecznością podpisywania książek w całych Stanach i wiele, wiele innych.
Robert ma kochającą żonę i córkę, jest szczęśliwy. Gdy z dnia na dzień traci pracę, postanawia zrobić coś, co wydaje się szalone jak na bezrobotnego z rodziną do utrzymania, napisać powieść, która wkrótce wywróci do góry nogami jego życie.

Podobało mi się to, że odbierałam tę książkę w dość odmienny sposób od tego, jak robię to zazwyczaj. Przy kłótniach bohaterów, najczęściej, stoję po stronie jednego, a "Doskonały dzień"  pokazuje w tej kwestii dość uniwersalną prawdę, że wina leży po obydwóch stronach. To niewątpliwie udało się autorowi oddać. 
Jednak muszę przyznać, że czytałam już lepsze książki Evansa. Powieść nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak poprzednie, nie czułam się nią aż tak poruszona. Owszem, jest świetną opowieścią  o tym, co w życiu jest najważniejsze, ale prawdę mówiąc, książek takich jak ta jest całkiem sporo. "Doskonały dzień" wydał mi się za bardzo przewidywalny, momentami, zionęło nudą. Historia była zbyt "rozciągnięta" w stosunku do tego, ile jest w niej nieprzewidywalności (niestety, niewiele!). Zawsze wydawało mi się, że życie znanych twórców jest wypełnione większą ilością ciekawych wydarzeń. 
Spodziewałam się po Evansie więcej, ale nie sądzę, żeby ostudziło to mój zapał do dalszego poznawania twórczości tego autora.

poniedziałek, 10 września 2012

Suzanne Collin "Kosogłos" + ocena całej serii "Igrzysk śmierci"


Trzeci tom. Podobno najlepszy, bo i cała saga należy do tych bestsellerowych, znanych i rozchwytywanych.  Sięgnęłam po "Kosogłosa", aby uzupełnić tę historię i mieć podstawy do tego, aby ocenić całość. Nie udało mi się napisać recenzji drugiego tomu, bo okazał się tak denny, że zabrakło mi słów. Z trzecim było lepiej. Niestety, tylko trochę.

"Kosogłos" to dalsze losy Katniss Everdeen, ocalałej z brutalnych rozgrywek. Choć udało jej się przeżyć i  jest w jednym kawałku, cały Dwunasty Dystrykt, miał mniej szczęścia. Dom Everdeenów podobnie jak wiele innych, zostało zrównany z ziemią, razem z obywatelami.
Trzeci tom podobnie jak pozostałe podejmuje tematykę politycznego reżimu, jednak w "Kosogłosie" jest go najwięcej. Właśnie dlatego spodziewałam się, że będzie najlepszy, bo ten wątek, dolewał oliwy do ognia. 

"Igrzyska śmierci" są świetnym dowodem na to, że nawet jak autor ma świetny pomysł, a brakuje mu warsztatu, to niestety, nie każdy czytelnik będzie dziełem zachwycony. 
Może jestem za stara, ale emocje, które Suzanne Collins próbowała przekazać w "Kosogłosie" w ogóle mnie nie ruszyły. Główna bohaterka, podobnie jak w poprzednich częściach, wydawała mi się plastikową lalką, pustą w środku. Jej życiowe wybory miłosne, które w jednym momencie są kreowane na bardzo trudne, nagle stają się proste jak drut, mimo, że logika podpowiada, że albo coś tu jest nie tak albo muszę zacząć łykać morfalinę podobnie jak bohaterowie.

Bardzo podobały mi się wątki, które w ciekawy sposób przedstawiła autorka. Świetnym tłem okazała się brutalna walka, ludzie zniekształceni przez chęci osiągnięcia lepszego wyglądu czy mutanty genetyczne. Collins zabiera w "Igrzyskach śmierci" głos, zwracając się do nastolatków, czyli do tego pokolenia, które z podobnymi problemami mają lub (w przypadku mutantów genetycznych;)) mogą mieć problemy w przyszłości. Było jednak w serii zbyt dużo usterek, bym mogła się nią zachwycać. Zabrakło charyzmatycznych bohaterów, choć niewątpliwie, autorka wie, jak należy rozkładać napięcie. Większość zwrotów akcji było dawkowanych czytelnikowi w ostatnim zdaniu danego rozdziału.

Zupełnie nie zgadzam się z osądami, które porównują sagę Collins do "Harry'ego Pottera". Choć znajdziecie tu sporo podobieństw to jednak, nawet określenie "wypaść przy kimś blado" wydaje mi się za bardzo delikatne przy porównaniu tych dwóch sag. 
Wielka szkoda, obeszłam się smakiem.




środa, 29 sierpnia 2012

"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins


Skoro sama królowa bestsellerowych czytadeł dla nastolatek, Stephanie Mayer, wymachuje ze swojego tronu berłem  mówiąc "Czytajcie, bo i ja czytam" to nie pozostaje nic innego jak wziąć do ręki pierwszy tom "Igrzysk śmierci".Lubię wiedzieć, czym zaczytują się miliony ludzi i sprawdzać, czy gusta tłumów są zgodne z moimi. Jak było w tym przypadku?

Od samego początku spodobał mi się klimat tej książki. Dla niewtajemniczonych, wynika on z faktu, że akcja dzieje się w totalitarnym Panem, które organizuje dla swoich obywateli rozrywkę w postaci igrzysk. Każdy z dystryktów państwa musi mieć dwóch reprezentantów. Do walki staje ponad dwadzieścia osób, szczęścia zwycięskiego triumfu oraz ukończenia zawodów ma dostąpić tylko jedna z nich. 

źródło zdjęcia
Główną bohaterką "Igrzysk śmierci" jest Katniss. Mieszkanka ubogiego dystryktu, opiekująca się matką i młodszą siostrą, która początkowo została wybrana do zawodów. Katniss zgłasza się za nią i tym sposobem staje przed ogromnym wyzwaniem, niepierwszym w jej życiu.

Suzanne Collins stworzyła swoją bohaterkę z  niemalże samych zalet. Jest zaradna, odważna, wysportowana. Radzi sobie w  każdej sytuacji, od strzelania z łuku po udawanie przed kamerami.  Mimo wszystko, wydawała mi się odrobinę za mało wyrazista, czego zupełnie nie można powiedzieć o innych płaszczyznach powieści.

Jak chociażby intrygujący motyw poruszony przez Collins, nadający specyficzny ton książce. Mam nam myśli atawistyczny instynkt polowania oraz zabijania. Przed Igrzyskami Katniss musiała robić to, aby jej rodzina mogła przetrwać, jednak w czasie zawodów to uczestnicy zabijają samych siebie, by dać mieszkańcom Panem namiastkę rozrywki. Spełnia ona formę odstraszacza. Ma pokazać, do czego są zdolne władze państwa. Choć to tylko tło dla akcji wydarzeń, jest ono niezwykle silne, motywuje wiele zachowań i wyborów bohaterki.

Pomimo tego, że  "Igrzyska śmierci" niewątpliwie trzymają w napięciu to od pewnego momentu zawodów wydawały mi się dość przewidywalne. To tak, jakby bawić się w samo układające się puzzle.Domyślałam się, jaki będzie przebieg akcji, czekałam tylko na oryginalne pułapki. W tym właśnie momencie Suzanne Collins postanowiła rozbudować wątek domniemanej miłości i był to strzał w dziesiątkę, który powieść niewątpliwie ratuje. 

Źródło zdjęcia
Rozumiem wszystkich tych, którzy od książki nie mogli się oderwać, bo lektura idzie błyskawicznie. Prosty język,wartka akcja, odrobina dreszczyku, czytelnicze emocje robią swoje.Nim się obejrzysz, jest trzecia w nocy. "Igrzyska..." jednak zdziwiły mnie swoją brutalnością. Mam świadomość, że aktualnie pokolenie nastolatków jest inne od mojego, ale pomimo wszystko, pokuszę się o stwierdzenie, że to lektura dla bardziej dojrzałych reprezentantów tej grupy wiekowej.  

Sięgnę po drugą część, bo uwielbiam, kiedy autorzy bawią się z nami w ciuciubabkę, pokazując przez dziurkę od klucza, o czym może być kontynuacja. Intryguje mnie to, czy Collins udźwignie i rozwinie ciekawy wątek państwa totalitarnego, jak potoczą się dalsze losy znanych mi bohaterów. Podobała mi się ta książka, idealnie spełnia funkcje zajmującego uwagę czytadła. 

czwartek, 23 sierpnia 2012

Woody Allen "Czysta anarchia"

Tak ja wielbię Allena jako widz tak teksty mistrza omijałam szerokim łukiem. Sparzyłam się zbyt szybko, duży błąd z mojej strony. Po przeczytaniu "Czystej anarchii" zrozumiałam, że wiele straciłam. 
W ostatnich latach jego filmy znacznie się zmieniły. Oczywiście, artysta się zmienia, ale w najnowszych produkcjach brakuje mi jego charakterystycznego spojrzenia na świat przez okulary cynika. W "Czystej anarchii" odnalazłam dawnego Allena, znanego mi ze starszych filmów. Teksty ukazujące się jako zbiory pochodzą z "New Yorkera", do którego pisze reżyser. W końcu nie istnieje nikt bardziej "nowojorski" od Niego samego! ;)

To, jak traktuje on język jest momentami niesamowite.  Tłumacz musiał się sporo namęczyć, bo Allenowski styl pisania przypomina czasami strzelanie z karabinu maszynowego załadowanego ironią, humorem i inteligencją. Z przymrużeniem oka patrzy na sytuacje życia codziennego ("Nianiu nasza najdroższa") , imaginuje absurdalne sceny ("Wymarsz na Parnas") . Jeśli ktoś lubi jego abstrakcyjne poczucie humoru, z pewnością przypadnie mu do gustu Allen w formie pisanej. Choć to wyższa szkoła czytelniczej jazdy to warto, absurd ma zdolności do poprawiania humoru. 
Trzeba jednak pamiętać, że teksty Allena odnoszą się do kultury amerykańskiej, która może być dla europejskiego czytelnika odrobinę niezrozumiała. Popełniłam ten błąd i nie zajrzałam na koniec książki, gdzie znajdują się objaśnienia terminów nad którymi się głowiłam podczas lektury.  Tłumacz, jak przyznał, nie chciał psuć czytelnikowi przyjemności i zasypywać przypisami. 
Przypadł mi do gustu ten zdrowy dystans, jaki posiada Allen do swojego narodu. Pokazuje ich wady, słabości poprzez śmiech. Wolę sobie nawet nie wyobrażać, co działoby się u nas, jakby jakiś rodzimy autor znany tak jak Allen (życzę tego każdemu polskiemu twórcy), śmiał się w swoich dziełach z Polaków. Tego właśnie nam brakuje.

Muszę przyznać, że w zbiorze nie pojawił się ani jeden tekst, który by mnie nie rozbawił. Wszystkie mi się podobały, czytałam z niesłabnącą ciekawością. Jestem pod ogromnym wrażeniem oryginalnego stylu oraz niezliczonej ilości pomysłów autora. Pozostaje dla mnie niekwestionowanym mistrzem przedstawiania współczesnego człowieka w krzywym zwierciadle.


Źródło zdjęcia:

piątek, 10 sierpnia 2012

"Przyjaciółki" Lisa Verge Higgins


Przyjaciółki. Ileż to już razy dzięki babskim czytadłom mogłyśmy poznawać dobre i złe strony tej relacji? Miliony. Przy okazji książki Lisy Verge Higgins, zaczęłam zastanawiać się, co sprawia, że choć ten temat jest cały czas powielany, są takie niepozorne czytadła, które pozostają w pamięci, nawet tego bardziej doświadczonego czytelnika. Do tej wartościowej grupy zaliczyłam powieść autorstwa amerykańskiej autorki.

Cztery przyjaciółki. Kiedyś szalone dziewczyny, które razem przeżyły niejedną przygodę, dziś matki, żony, pracujące. W niepełnym składzie, bo jedna z nich, niespodziewanie zmarła na raka.
Niepokonana,ta która zawsze starała się żyć pełnią życia, zostawiła dziewczynom po liście. A w każdym z nich, jest zadanie, o którego wykonanie prosiła Rachel. Kate,Sarah i Joe prowadzą zupełnie odmienne tryby życia, ale łączy je to, że dla każdej z nich spełnienie prośby, będzie trudne, ale... czego nie zrobi się dla przyjaciółki?

Prawdę mówiąc, zupełnie nie spodziewałam się, że ta książka zdoła mnie pochłonąć w takim stopniu.
Niewątpliwie sprzyjały temu zmiany narratorek, każdy z rozdziałów poświęcony był innej bohaterce. Bardzo podobał mi się styl pisania Higgins, z dużym poczuciem humoru i lekkością. Zdarzyło mi się uśmiechnąć przy niektórych dialogach, w szczególności tych z udziałem Jo. Z wszystkich bohaterów to ona przypadła do mojego gustu najbardziej. Nie zarzucam tej książce przewidywalności, bo sięgając po czytadło, spodziewam się czegoś lekkiego. Owszem, zakończenie nie było jakąś wielką mistyfikacją, ale wszystkie wydarzenia, które do niego doprowadziły, były wciągające i dobrze napisane. Najbardziej zadziwiające mnie momenty to były te, kiedy siedząc z "Przyjaciółkami" w pociągu musiałam odwrócić od niej wzrok, coby łezka, która gdzieś się zakręciła w oku, nie spadła na strony. Jak widać, emocje oddane w lekturze są dość silne. 

Powieść Lisy Verge Higgins dodaje optymizmu, jakiego jest w stanie kobiecie dać tylko przyjaciółka, znająca na wylot twoje problemy i charakter. To książka tak wielowątkowa jak wielowątkowe jest prawdziwe życie, niby zwykłych, ale jednak wyjątkowych kobiet. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Świat Książki

A to, małe odkrycie z wrocławskich poszukiwań lokum, pomysłowy szyld antykwariatu, obłożony książkami. Wiatr nie zdmuchnie, a nóż przyciągnie jakiegoś klienta...;)

czwartek, 5 lipca 2012

Richard Paul Evans "Kolory tamtego lata" + zdjęcie z autorem! ;)

fot: Dalej Studio
Przedstawiam Wam jeszcze jedno zdjęcie, które znalazłam w internecie. Usprawiedliwiam wygląd moich włosów warunkami atmosferycznymi! ;) Największym zaskoczeniem było dla mnie odnalezienie siebie na... facebooku Evansa! Wiedziałam, że zrobił nam, czytelnikom zdjęcie, ale myślałam, że akurat mnie ucięło. Mój Chłopak stwierdził, że ze wszystkich osób na fotografii ja mam największy zaciesz, coś w tym jest... Dzisiaj zabrałam się za książkę, którą   kupiłam przed spotkaniem, coby pan Evans miał gdzie swoją parafkę złożyć. 


Fanki romansów zdążyły się już przyzwyczaić do tego, że Włochy są wybitnie często wybierane na miejsca akcji takich dzieł. Trudno się dziwić, kraj o tak ciekawej kulturze i pięknych krajobrazach aż prosi się o miłość. Kiedy Eliana, poznała rodowitego Włocha, uległa zarówno urokowi jego jak i państwa, z którego pochodzi. 

Jednak nawet przystojny i bogaty Włoch nie muszą być gwarancją la dolce vita. Eliana cierpi z powodu samotności, spowodowanej ciągłymi wyjazdami męża. Na jej barkach spoczywa także ogromna odpowiedzialność opieki nad synem, który choruje na astmę. Gdzieś w środku cierpi jej skołatana dusza, która tęskni za domem i byciem kochaną. 

Jak łatwo przewidzieć, na drodze życiowej głównej bohaterki pojawi się inny mężczyzna. 
Jego poznanie okaże się piękne i trudne zarazem. Serce czytelnika nie pozwala mi zdradzić więcej szczegółów z tej historii, żeby nikomu nie odebrać przyjemności z jej poznawania.

Kiedy skończyłam "Kolory tamtego lata" uświadomiłam sobie, że idealny przepis na czytadło dla kobiet to dużo miłości, dobrego jedzenia, pięknych krajobrazów, ciekawych ludzi. Wszystko to znajduje się w tej niezwykle wciągającej powieści, która odebrała mi chęci robienia czegokolwiek poza czytaniem. To książka, która pozwala wypocząć oraz naładować akumulatory romantycznej miłości, które czy tego chcemy czy nie, drzemią w większości kobiecych dusz.
Przypadły mi do gustu przysłowia włoskie umieszczone, tak charakterystycznie dla Evansa, przy początkach rozdziałów. Były świetnie dopasowane i oddawały klimat, w jakim książka została utrzymana.  Polecam wszystkim tym, którzy potrzebują lektury do chwili wakacyjnego odpoczynku.

PS. Po przeczytaniu tej książki przejrzałam kilka jej recenzji na portalach. I bardzo mnie zirytowały, bo przez to, że są tak poczytne, wiele osób je najzwyczajniej w świecie, "spoileruje", psując zabawę innym. Tragedia, powstrzymujcie się od tego jak tylko możecie! 


sobota, 30 czerwca 2012

Colin Clark "Mój tydzień z Marylin"



Stwierdzić, że Marilyn Monroe była gwiazdą to banał. Napisać, że Colin Clark jest pisarzem to w moim odczuciu spore nadużycie, ale "Mój tydzień z Marilyn" ma coś w sobie. Osobowość najpiękniejszej blondynki, jaką poznał świat. Choć warsztat nie pozwolił Clarkowi na portret doskonale odzwierciedlający charakter aktorki, to nawet te strzępki, które możemy poznać dzięki dynamicznym dialogom zrobiły na mnie wrażenie.
Colin Clark jest trzecim asystentem reżysera pracującym przy filmie "Książę i aktoreczka". Kręcenie okazuje się farsą dla całej ekipy, ponieważ główna gwiazda ma problemy emocjonalne, których nikt, od reżysera aż po instruktorkę teatralną, nie potrafi zrozumieć. Jak wiadomo, asystenta ma się od wszystkiego. Dwudziestotrzyletni chłopaczek zapewne nigdy nie śmiał nawet marzyć o tym, żeby w zakresie swoich zawodowych obowiązków mieć będzie wspieranie Marilyn Monroe.

A jednak, niemożliwe stało się możliwe. Chłopiec na posyłki stał się dla Normy Jean Mortenson odskocznią od ogromnej presji, którą była wtedy otoczona. Z jednej strony, sfrustrowana ekipa filmowa, z drugiej strony świeżo poślubiony Arthur Miller, którego przerastały ciemne strony osobowości Marilyn. Balansowała na granicy załamania nerwowego, trzymając wszystkich w napięciu - przyjdzie dziś na plan czy nie przyjdzie. 
Clark przez to jak bardzo był w nią zapatrzony mógł się pochylić nad jej problemami. Marilyn wydaje się być dzieckiem umieszczonym w ciele zniewalająco pięknej kobiety, od której wszyscy czegoś wymagają. Bez brania poprawki na to, jak wielką wrażliwością została obdarzona. 
Choć tytułowy tydzień był dla Clarka niewątpliwie najbardziej emocjonującym, ja odbierałam go momentami jako bardzo smutne wydarzenie. Gdzieś między wierszami czytelnik przeżywa dramat kobiety, która powolutku, małymi krokami, spada na same dno.
 A najbardziej bolesne upadki to te, gdy zaczyna się je od samego szczytu. 

Brakowało mi w tej książce opisów. Składa się głównie z dialogów, w których zabrakło miejsca na jakieś głębsze przemyślenia autora. Dlatego właśnie zaryzykowałam tezę, że Colin Clark dobrym pisarzem nie jest, ta książka wydaje mi się szansą, która została nie do końca wykorzystana. Zabrakło talentu i warsztatu. Co nie zmienia faktu, że aż prosi się o ekranizację, której oczywiście, mogliśmy się spodziewać. 
Nie nazwałabym "Mojego tygodnia z Marilyn" arcydziełem. To ciekawa historia chłopaka, któremu los postanowił ofiarować dość wyjątkowy prezent. Dla współczesnego czytelnika jest możliwością spojrzenia na osobę Marilyn w inny sposób niż dotychczasowy. Warto to uczynić,  bo zapoznanie się z ta tak wielką osobistością, nawet na zasadzie ciastka widzianego przez szybkę w cukierni to pouczające doświadczenie.

Konferencja prasowa w Londynie z Arthurem Millerem i sir Laurencem Olivierem

Fanów MM zapraszam także do lektury recenzji filmu, która ukazała się na blogu jakiś czas temu - > klik

wtorek, 26 czerwca 2012

Richard Paul Evans "Obiecaj mi"


Jak pisać książki, które stają się bestsellerami? Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie. Mogę natomiast podsunąć Wam nazwisko pisarza, który na własnej skórze wie, jak to jest być takim szczęściarzem. Nazywa się Richard Paul Evans i właśnie "zabrał" mi kilka godzin, swoją powieścią noszącą tytuł "Obiecaj mi". 

Pierwsze moje wrażenie: czy ja wiem czy to takie typowe czytadło dla rozluźnienia? Jak na tego typu lekturę znajduje się tu zaskakująco wiele tragedii i zwrotów akcji. Sytuacja ma wygląda naprawdę nieciekawie, kiedy Beth dowiaduje się o zdradzie swojego męża. Jest to jedyny fakt, jaki mogę zdradzić z tej książki, żeby nie psuć żadnemu czytelnikowi zabawy. Evans skonstruował "Obiecaj mi" na zasadzie tajemnic i dawkowania napięcia. Z jednej strony, powieść czyta się błyskawicznie, z drugiej dostarcza wielu emocji. 

To romantyczna historia pokazująca, jak wiele oblicz ma miłość. Jestem pewna, że poruszy ona niejedną wrażliwą duszę, spragnioną chwili relaksu przy odrobinę mniej ambitnej lekturze. Moją uwagę zwrócił język autora, z którego można wyłowić sporo "złotych myśli", pięknie skonstruowanych perełek. Wiele fragmentów zaznaczyłam sobie jako tych godnych zapamiętania. Drobnym minusem książki może być jej kilka ostatnich rozdziałów. Spodziewałam się większej ilości emocji, a zostałam zalana wodospadem łez. 

Nie jest to w stanie zmienić mojego pozytywnego odbioru powieści. 
Moje zaskoczenie, że ta lektura przypadła mi do gustu, jest ogromne, ponieważ nie jestem fanką historii, w które trudno mi uwierzyć. W tym przypadku było zupełnie inaczej, zapomniałam o tym, że nie wierzę, dałam się ponieść lekturze.  Jak na pierwsze spotkanie z tym autorem, jestem pozytywnie zaskoczona i oby następne były równie udane. 



PS. A najbardziej spodobało mi się to, że Znak udostępnił przepisy, które Evans ma na swojej stronie. Potrawy, które pojawiły się w powieści, można samodzielnie upichcić w domu.
Przepisy znajdują się na stronie http://www.znak.com.pl/obiecajmi




wtorek, 22 maja 2012

Jean Sasson "Mayada, daughter of Iraq" (polski tytuł: "Majjada, kobieta Iraku")


Kiedy myślę o Iraku to... mam przed oczami jakieś strzępki obrazów działań militarnych, wyświetlanych nie tak dawno w serwisach informacyjnych. Sięgnięcie po książkę Jean Sasson "Majjada, kobieta Iraku" zmieniło moje spojrzenie na ten kraj. Nie sposób pozostać obojętnym wobec historii, które przedstawia nam autorka. 

Tytułowa bohaterka miała to szczęście (lub nieszczęście) urodzić się w rodzinie, do której należeli wpływowi oraz zasłużeni dla Iraku ludzie. Niewątpliwie przyczyniło się to do możliwość poznania przez nią osób pełniących wysokie funkcje. Nie tylko to sprawia, że "nie pasuje" ona do stereotypowej łatki, która przylgnęła do kobiet żyjących w arabskim świecie. Majjada jest właścicielką własnego biznesu i w dodatku, rozwódką. 

Jej życie obróci się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, odwiedzą ją mężczyźni, którzy zawiozą ją do więzienia. Mayada zostanie zamknięta w celi 52 razem z grupą torturowanych i niewinnych kobiet. Ich dramat to nie tylko przemoc, jakiej będą musiały doznać, to także bolesne historie związane z funkcjonowaniem w kraju, którym rządzi Saddam Husajn. Poznajemy ich ojczyznę z perspektywy przeciętnej mieszkanki. 

Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób Jean Sasson postanowiła wpleść do powieści wątki historyczne, polityczne oraz kulturowe. "Majjada, kobieta Iraku" to niemalże krótka lekcja historii współczesnej, pokazująca funkcjonowanie państwa pod rządami dyktatorskimi. Jest spisana w taki sposób, że nawet ktoś niezainteresowany polityką, poznaje dzieje tego kraju.
Podczas lektury warto pamiętać, że niestety to nie jest fikcja literacka, tak było naprawdę. 

Brutalne i smutne wydarzenia okazały się tak wciągające, że nie mogłam się oderwać od tej powieści. Należy ona do mocnych, zapadających w pamięć. Uświadomiła mi, że tak naprawdę o tym, jak wygląda sytuacja wielu krajów arabskich wiem bardzo niewiele. Najwyższa pora to zmienić, do tego postanowienia niewątpliwie przyczyniła się  "Mayada...". 

środa, 16 maja 2012

Ann Brashares "Nigdy i na zawsze"


"Nigdy i na zawsze" to powieść wyczekiwana przeze mnie z ogromną niecierpliwością. 
Ann Brashares jest ulubioną autorką milionów nastolatek na całym świecie,  dla których "Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów" stało się serią wręcz kultową(dla tych z Was, które nie wiedzą, że wyszła nowa część, nieprzetłumaczona na polski, zapraszam do mojej recenzji).

Reinkarnacja jest główną ideą, wokół której rozgrywa się cała fabuła powieści. Rodzimy się i umieramy. Trwa to wiecznie, a nasza dusza jest pewnego rodzaju podróżnikiem. 
Znajdujemy się w różnych czasach oraz miejscach. 
 To, czy pamiętamy nasze poprzednie wcielenia jest sprawą indywidualną.  Daniel, bohater książki, posiada ten przywilej. Do najbardziej wyrazistego wspomnienia zalicza ogromne uczucie, jakim na początku swojego pierwszego życia obdarzył pewną kobietę. 
Niestety, wspomniana dama nie ma takiego daru jak jej ukochany. Pewne kwestie zostały zachowane w jej podświadomości, a dotarcie do nich oraz zrozumienie prawdziwych znaczeń dziwnych wspomnień, dojdzie do niej dopiero po pewnym czasie. 

"Nigdy i na zawsze" jest powieścią bardzo dynamiczną. Naprzemiennie poznajemy losy poprzednich wcieleń Daniela oraz tę najbardziej współczesną historię wiecznie zakochanych. 
Sprawia to, że książkę pochłania się błyskawicznie. Ta romantyczna mieszanka wzajemnego oddania, zagubienia, wątków paranormalnych oraz ryzyka przyprawiła mnie o dreszczyk czytelniczych emocji. Myślałam, że o ponadczasowej miłości możemy przeczytać jedynie w "Dziwnych losach Jane Eyre", a tu się okazuje, że i w XXI wieku są ludzie spragnieni takich historii. 

"Nigdy i na zawsze" odrywa na jakiś czas od przyziemnych, banalnych spraw. Nie ma takiej opcji, żeby przeżywać szkołę czy spalony obiad, kiedy mężczyzna czeka kobietę  przez pięć wieków. To wyjątkowa historia i bardzo oryginalna powieść, posiadająca własny, bardzo osobliwy urok. Dołączyłam do grona tych, którzy jemu ulegli. 





wtorek, 24 kwietnia 2012

"Cieszę się twoim szczęściem" Lucinda Rosenfeld


Baby, ach te baby... Chce się jeść je łyżkami wtedy kiedy nie jest się jedną z nich. Bo kobiety mają wiele wspaniałych cech, ale są takie momenty, w których najlepsze przyjaciółki przypominają dwa oddzielne fronty, walczące na jednym polu "cichej" bitwy przeciwko sobie. 

Wendy, główna bohaterka książki "Cieszę się twoim szczęściem" jest niezbyt spełnioną mężatką. Ma ponad trzydzieści lat, jej zegar biologiczny nieubłaganie tyka i choć starają się z mężem o dziecko, upragnione dwa paski na teście nie pojawiają się. Narasta frustracja, zniechęcenie, w powietrzu czuć napięcie.

Ponadto, kiedy ją poznajemy, w pewnie sposób opiekuje się swoją najlepszą przyjaciółką, Daphne. Uroczą dziewczyną, która ma tendencje do zakochiwania się w niewłaściwych mężczyznach. 
Los jednak tasuje karty tak, że życie Daphne zmienia się w sielankę. Wychodzi za majętnego prawnika i szybko okazuje się, że jest w ciąży.Wendy nie potrafi się z tego cieszyć, mimo usilnych starań. 

Podobała mi się ta książka. Być może dla tego, że była strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o mój nastrój, są takie dni, kiedy jedyna lektura, jaka może pokrzepić to właśnie czytadło. I choć znamy wiele historii nowojorskich kobiet to jednak ta pozwala na spojrzenie z dystansu na zachowania bohaterów, którzy nie potrafią docenić tego, co mają. Na zawiść i to, do czego potrafi zaprowadzić. A przede wszystkim na szczerość, jak bardzo jest potrzebna w relacjach z bliskimi nam osobami. 
"Cieszę się twoim szczęściem" to powieść pisana lekkim piórem, dotycząca ciężkich spraw. 
Spełniła swoje zadanie czytadła, wciągnęła i oderwała od codziennych spraw. Jeżeli tego potrzebujecie, książka spełni swoje zadanie idealnie. 

PS. Mam nadzieję, że w końcu będę w stanie zabrać się za jakieś inne lektury niż przyjemne odmóżdżacze, ale niestety, inne lektury póki co mnie męczą. Mam nadzieję, że już niedługo to się zmieni :) Pozdrawiam Was ciepło 


piątek, 20 kwietnia 2012

Jerzy Kosiński "Gra"


Właśnie zakończyłam swoje pierwsze spotkanie z pisarzem, który z pewnością jest ważną postacią w historii literatury. Jerzy Kosiński przyciągnął moją uwagę m.in tym, że dwie kadencje był prezesem amerykańskiego PEN Clubu, co jest znaczącym osiągnięciem.

"Gra" opowiada zawiłą historię relacji międzyludzkich, umieszczoną w realiach branży muzycznej. Goddard to przydomek gwiazdy rocka, muzyka sprzedającego niewiarygodne ilości płyt, który maskuje swoją prawdziwą tożsamość. Choć nikt nie wie, kim jest, każdy chciałby go poznać. 
Jest pewna tajemnicza dziewczyna, która ma tak wielkie chęci poznania artysty, że postanawia wejść w układ z zapominanym, choć kiedyś sławnym kompozytorem, Patrickiem Domostroyem. 
Celem jest, oczywiście, ustalenie tego, kto kryje się za rockową twórczością ukrytą pod pseudonimem. W miarę rozwijania się fabuły poznajemy tajemnice naszych bohaterów oraz ich przygody i preferencje seksualne. Tak dziwaczne jak ciekawe historie, jakie padają z ust bohaterów są nie tylko kontrowersyjne, ale także odwołują się do tytułu. Intrygi to prawdziwa gra, a ludzie są jej pionkami. 

Kosiński ma bardzo specyficzny styl pisania. Wydaje mi się, że jest to ten typ autora, którego rozpoznamy, nawet gdy będziemy go czytać bez nazwiska na okładce. Pokazuje mocne, dosłowne obrazy, w jego pisarstwie jest mnóstwo erotyzmu i ukrytych emocji bohaterów.
Fabuła trzymała w napięciu, zakończenie było ubarwione przejmującymi wydarzeniami, ale mimo to, nie jestem do końca przekonana co do mojego polubienia "Gry".  Najprawdopodobniej nie jest to styl, który jest mnie w stanie porwać, być może powinnam spróbować sięgnąć po inną książkę tego autora, aby bardziej ugruntować swoje podejście.
Elementem, który mile mnie zaskoczył były też liczne nawiązania do Polski. Choć Jerzy Kosiński tworzył w języku angielskim, to jednak w "Grze" jest bardzo dużo elementów "made in Poland", rozmieszczonych jakby mimochodem w książce. 

Bardzo podoba mi się cześć wydawnicza powieści kontrowersyjne okładki przyciągają wzrok (przetestowałam to podczas podróży komunikacją miejską), ale równocześnie pasują do twórczości Kosińskiego. Mam też dobrą wiadomość dla osób, które nie przepadają za małymi literami "Grę" czyta się szybko m.in dlatego, że jej treść została wydana dużą czcionką.
Jeżeli jeszcze są tacy, którzy nie słyszeli o tym autorze, warto skusić się na poznanie Jego twórczości i charakterystycznego stylu.  



czwartek, 12 kwietnia 2012

Bridget Asher "Prowansalski balsam na złamane serca"


Kiedy widzę w tytułach powieści jakieś epitety w stylu "prowansalski", "toskański" czy "włoski" to mam ochotę uciekać, bynajmniej nie do tych pięknych krain. Obawiam się swojego zmarnowanego czasu na tego typu podróżach, więc śmiało można mianować mnie sceptykiem podobnej twórczości.  "Prowansalski balsam na złamane serca" to łup dokonany w kryzysie, który miał mi poprawić humor, oderwać myśli. Spodziewałam się historii w stylu "ona zaczyna życie na nowo i spotka księcia z bajki", z dodatkiem nadmiernej ilości lukru. 

De facto, otrzymałam historię o wdowie, która straciła męża w wypadku samochodowym i jest samotną matką. Patrząc na jej rodzinę, widzimy ludzi raczej zwyczajnych, mniej lub bardziej skomplikowanych. To, co ich wyróżnia to sentymentalne historie związane z ich domem w Prowansji. 
Miejscem, które odwiedzali i które w pewnym momencie poróżniło rodziców głównej bohaterki książki, Heidi. Kiedy jej mama dowiaduje się, że w kuchnia została zniszczona przez pożar, postanawia przekonać swoją córkę do odwiedzenia Francji w celu wyremontowania domu. Heidi zabiera ze sobą synka oraz szesnastoletnią pasierbicę swojej siostry, moją absolutną faworytkę jeśli chodzi o bohaterów w tej książce. 

Bridget Asher zdziwiła mnie tym, jak postanowiła komplikować losy swoich bohaterów po przyjeździe do Europy. Przypadło mi do gustu to, że pewne aspekty tej powieści nie były zanadto rozciągnięte (sentymentalne refleksje), ale nie działy się też w ekspresowym tempie.  Sprawiało to, że "Prowansalski balsam..." wydawał się bardziej powieścią o zwyczajnym życiu, a  nie słodką bajką o tym, jak to cudownie jest mieszkać w Prowansji. 
Z jednej strony to odprężające czytadło dodające energii, ale z drugiej ciekawa historia. 

Strzałem w dziesiątkę niewątpliwie jest okładka, która przyciąga spojrzenie i zachęca do czytania. Jest miłą dla oka zapowiedzią książki, która okazała się być przyjemną dla duszy. 

niedziela, 25 marca 2012

"Motyl" Lisa Genova


Po przeczytaniu książki "Motyl" Lisy Genovy, gdzieś w moim mózgu pojawiła się Świadomość. 
Świadomość ta dotyczy choroby Alzheimera, ogromnych zniszczeń jakie wywołuje i tego, jakie są jej najwcześniejsze objawy. Bo choć wcześniej, oczywiście, miałam mniejsze lub większe pojęcie, to ta choroba, "ubrana" w ludzką historię przeraża. Wzrusza i dotyka. 

Alice jest pracownikiem naukowym nie byle jakiej uczelni, bo samego Harvardu. Od lat prowadzi zajęcia ze studentami, jest pasjonatką pochłoniętą badaniami nad dziedziną naukową, którą się zajmuje. Powoli dobiega do pięćdziesiątki, ma kochającego męża i dorosłe dzieci. 
Poznajemy ją zanim jeszcze jest świadoma swojej choroby, obserwujemy pojawiania się pierwszych syndromów. Kiedy stają się one coraz silniejsze i coraz bardziej uciążliwe, postanawia zasięgnąć opinii lekarza, która okaże się dla niej i jej najbliższych wyrokiem i ogromnym sprawdzianem z miłości.

Bo czy da się kochać człowieka, który nie pamięta, że ma córkę i jak ma na imię? 
Szalenie podobało mi się to, że Lisa Genova swoich bohaterów nie przedstawia jako idealnych ludzi. Pokazuje, że oni też nie zawsze w obliczu takiej tragedii mieli cierpliwość. Sprawiło to, że byli bardziej realni, a mniej plastikowi. Cieszy mnie to, bo bałam się, że ta książka będzie sielankowym pitu-pitu o wielkiej miłości. Owszem, dotyczy tego, ale bardziej skupiała się na bardziej prozaicznych i codziennych sytuacjach walki z własnymi słabościami. 

Język, jakim posługuje się autorka jest bardzo prosty. Dla mnie momentami był aż za bardzo prosty, dlatego z ciekawością zerknęłam na jej wykształcenie i pomyślałam sobie "czuć tu naukę, brakuje artyzmu". Dla jednego czytelnika będzie to minusem a dla drugiego ogromnym plusem. Asceza komunikatu, jaki wysyła w stronę swoich odbiorców sprawia, że jest on lepiej odbierany. W moim odczuciu "Motyl" to książka, którą można interpretować na wiele sposobów. Przypomniała o docenieniu zdrowia, jednak dla osób, które mają w rodzinie chorującego na Alzheimera powieść może być jak kolorowy motyl, który przyfrunie na nasze ramię, żeby w optymistyczny sposób zakomunikować: nie cierpicie sami. 


Jestem przekonana, że to książka uniwersalna, która jest w stanie poruszyć i uświadomić wiele osób. Choć zdobyła już prawie wszystko (pół roku na liście bestsellerów New York Timesa) to mam nadzieję, że zadomowi się też w za oceanem, w Polsce. Warto po nią sięgnąć. 

środa, 14 marca 2012

"Słoneczniki" Sheramy Bundrick


Kiedy na ulicach francuskiej miejscowości Arles, pojawił się pewien malarz, zaczął wzbudzać zainteresowanie, a z czasem nawet kontrowersje. Obdarty, borykający się z problemami finansowymi oraz zdrowotnymi, uginał się pod ciężarem sztalug, które nosił. Nazywał się Vincent van Gogh i choć współcześnie nie ma osoby, która nie zna jego imienia czy nazwiska, był jednym z największych pechowych geniuszy tworzenia. 
Dzisiaj z reprodukcjami obrazów impresjonisty możemy kupić dosłownie wszystko, lecz sam artysta w ciągu całego swojego życia sprzedał tylko jeden obraz, namalowany w Arles właśnie. 


"Słoneczniki" Sheramy Bundrick to fantazja autorki na temat postaci, historia dopisana do wycinka prasowego, który udało się przeczytać autorce. Postacią tą jest lokalna prostytutka, Rachel, z którą w książce był związany Vincent. 

Muszę przyznać, że Sheramy Bundrick poruszyła w "Słonecznikach" wiele aspektów związku z artystą i samego życia z nim. Podobała mi się historia Rachel, którą przedstawiono jako kobietę zakochaną w van Goghu do granic możliwości. Zdesperowaną do tego, aby pójść za swoim wybrankiem wszędzie i zrobić dla jego dobra wszystko. 
Na kartach powieści odnosiłam takie wrażenie, że te postacie do siebie pasowały. Obydwoje byli w pewien sposób spętani kajdanami społecznymi, chociażby z powodu swoich aktywności zawodowych.
Skłamałabym, gdybym napisała, że ta książka mnie nie wzruszyła. Było kilka momentów, które wycisnęły ze mnie łzy, bo pomimo płomiennej miłości, ta historia należy do smutnych.
Bardzo ciekawie poruszony w "Słonecznikach" były kontrowersje, jakie wzbudzał w Arles, pojawiły się one tylko w kilku momentach książki, jednak był on tematem do plotek przez cały swój pobyt w miejscowości. 

Sheramy Bundrick stanęła na wysokości zadania i sprawiła, że kończąc książkę czułam, że  żal mi rozstać się z bohaterami. Postacie były ciekawie opisane, lekkim językiem. Wszystko to sprawiło, że "Słoneczniki" przeczytałam błyskawicznie, nie mogąc się od książki oderwać.

Autorce udało się na kartach powieści stworzyć niesamowitą atmosferę.
Prawdziwej pasji tworzenia, połączonej z nieszczęśliwą miłością, chorobą psychiczną i brakiem akceptacji ze strony społeczeństwa. Choć ta sytuacja brzmi wręcz tragicznie, to musimy uświadomić sobie, że duża część tej historii jest prawdą. Smutnym, ostatnim etapem życia bardzo utalentowanego człowieka, który musiał umrzeć, żeby zostać docenionym.


Kilka obrazów z okresu tworzenia Vincenta w Arles:
"Żółty dom", w nim dzieje się częściowo akcja powieści
Pokój van Gogha w Arles
Taras kawiarni w Arles

Autroportret

Reprodukcje pochodzą ze strony:http://www.van-gogh.pl/