Naprawdę ciężko jest znaleźć czas w tym jakże zabieganym, przedmaturalnym maju...
I jakoś tak, nawet czerpanie przyjemności z małych rzeczy przychodzi trochę trudniej, gdy uświadamiam sobie, co jest przede mną i nerwowo sięgam do jakiegoś podręcznika "A, nie doczytałam tego", "A może jeszcze Miłosz" ....
Ale na dziś stop. Wystarczy. Kubek z herbatą!
Dzisiaj pochłonęła mnie (a ja dałam się pochłonąć!) "Zielona mila"....
I wróciła do mnie masa ciekawych wspomnień.
Pamiętam, że kiedy ostatnio oglądałam w telewizji ten film, inna stacja postanowiła zrobić widzom psikus i puścić w podobnym czasie antenowym inny, równie rzewny film, z Hanksem.
W moim wykonaniu wyglądało to bardzo ciekawie, najpierw skończyłam oglądać "Zieloną milę", z paczką chusteczek, a potem akurat trafiłam na końcówkę filmu "Philadelphia" , który wzbudza we mnie podobną reakcję, więc następnego dnia rano wyglądałam własna śmierć.
Jedna z moich nauczycielek w szkole, zapytała się mnie, czemu wyglądam tak blado, a ja na to, że wczoraj leciała "Zielona mila". Roześmiała się i powiedziała, że Ją też dzisiaj bolą oczy. :)
Dla mnie, pokolenia lat dziewięćdziesiątych, "Zielona mila" to zwrot niemal kultowy.
Uważam, że wśród kina lat dziewięćdziesiątych jest kilka takich klasyków, na którym dużo osób po prostu się wychowało. Niewątpliwie ten do nich należy.
Choć film oglądałam przynajmniej kilka razy, po książkę sięgnęłam dopiero teraz.
Choć zakładałam, że dobra znajomość filmu, przeszkodzi mi w czytaniu tej lektury, nie spodziewałam się, że będzie to aż tak rażące.
Warto też zaznaczyć, że zamysłem publikacji była powieść w odcinkach. Jeśli mogę coś zarzucić panu Kingowi to to, że da się wyczuć nierównomierność tej powieści.
I pisarz może mieć gorszy dzień, niektóre odcinki są rozpisane po prostu świetnie, inne trochę "na odwal", czasami wyczuwamy napięcie, które kiedyś miało zachęcić do sięgnięcia po następny numer gazety, ale czasami nie.
Jedno trzeba stwierdzić, ta powieść to świetna baza do filmu, bo i historia jest wybitna.
Kiedy poznajemy naszego głównego bohatera jest już on sędziwym staruszkiem, który myślach wraca do dawnych czasów, aby móc je spisać.
Paul Edgecombe jest pracownikiem bloku więziennego dla najgorszych przestępców.
Ma wątpliwą przyjemność poznać różne typy, psychopatów, zboczeńców, morderców, ale jedno jest pewne - John Coffey nie pasuje do żadnej z tych szufladek.
Przestępstwo, za jakie został skazany to zgwałcenie i zamordowanie dwóch dziewczynek.
Dla sądu wszystko wyglądało jednoznacznie. A do tego John Coffey jest czarnoskóry, co w latach trzydziestych miało spore znaczenie.
Paul dostrzega jednak pewnego rodzaju inność, która wyróżnia Johna na tle innych.
Wrażliwość oraz to, że John czuje i zauważa rzeczy, których nikt oprócz niego nie widzi.
Jest wyjątkowy. Potrafia pomagać innym i używać swojej wyjątkowości na pożytek ludzi.
Czy jest to wykonalne zza więziennych krat, w oczekiwaniu na krzesło elektryczne?
Na to pytanie powinni odpowiedzieć sobie wszyscy ci, którzy nie mieli możliwości obcowania z tą historią.
Mam wrażenie, że "spotkanie" z tym człowiekiem na kilka chwil zmusza nas do refleksji.
Nad niezliczoną liczbą zagadnień. Ulotnością życia oraz jego zależnością od innych, ale przede wszystkim na przypadkowości zła. Jak łatwo może ono zataczać kręgi, gdy raz wysłane jest do drugiego człowieka.
PS. Drogie Wydawnictwo Albatros, nie łamcie mi serca. Nie karzcie mi patrzeć na nie z przymiotnikami pisane osobno, gdy mam przed oczami tak wspaniałą historię, bardzo Was proszę....
