Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

"Pod mocnym aniołem" (2013, reżyseria: Wojciech Smarzowski)



W naszym kraju  łatwiej jest przyznać się do tego, że jest się kosmitą niż do niepicia.
„Piję, bo wszyscy piją” mówi jeden z bohaterów najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego  „Pod mocnym aniołem”. Jesteśmy tak opatrzeni z widokiem osób z flaszką w ręku, że nie przeszkadzają nam oni absolutnie nigdzie, przyzwolenie społeczne szepcze cicho „tak” na spożywanie alkoholu w pociągach, tramwajach, na przystankach, a nawet w kinie na premierze „Pod mocnym aniołem”.
Groteska ta i fakt, że siedziałam na sali z ludźmi, którzy cały  seans się śmiali daje do myślenia niemniej niż sam film. 

Opowiada on historię Jerzego, któremu palców  u nóg i rąk by zabrakło, żeby zliczyć, ile razy trafiał na odwyk. Poznajemy jego życie oraz wyznania innych alkoholików zmagających się z nałogiem, który spustoszył ich życie zawodowe i rodzinne. Choć każdy z nich jest inny to w pewnym momencie filmu ich historię zlewają się w to samo. Przesnutą zapachem wymocin smutną balladę o zaprzepaszczonych szansach i rozbitych rodzinach.
Jerzego spośród nich wyróżnia to, że na odwyku  w ogóle się nie stara. Przynajmniej do czasu.
 Fabuła „Pod mocnym aniołem” przypomina pijacki ciąg, niechronologicznych zrywów i bolesnych upadków. Funduje to widzowi rytmiczne emocje, co chwilę zastanawiamy się, czy Jerzy tym razem z tego wyjdzie. Im bardziej drastyczne sceny serwuje nam Smarzowski, tym bardziej przekonuje do tego, że trudno dla alkoholika znaleźć jakąkolwiek deskę ratunku. 

Film podobał mi się już na etapie napisów początkowych, kiedy wymieniane były nazwiska wyśmienitych aktorów. Nie mogłam oczu oderwać od Więckiewicza, teraz rozumiem, co miał na myśli kiedy w wywiadach mówił jak trudna była to rola.
Chyba jestem masochistką, ale lubię dostawać „po mordzie” od Smarzowskiego i ekipy* osób z nim współpracujących.  Robi to najlepiej. Obrazem, montażem, dźwiękiem przyprawiającym o ból głowy. Fani mocnej jak wódka smarzowszczyzny dostaną to, co lubią. Jeśli ktoś nie widział filmu jego autorstwa to jest to poważna zaległość, zyskują miano kultowych. 


* Autorem zdjęć do filmu jest Tomasz Madejski, za muzykę odpowiada Mikołaj Trzaska, montaż  wykonał Paweł Laskowski.

sobota, 2 lutego 2013

"Drogówka" (2013, reżyseria: Wojciech Smarzowski)


Choć boks nie ma nic wspólnego z kodeksem ruchu drogowego, jako widz czułam się jak bokser. Obrywam lewym sierpowym poczuciem humoru, żeby zaraz dostać z drugiej strony wątkiem tzw. grubej afery. Na chwiejnych ze zmiennych emocji nogach próbuję się jakoś trzymać i bach. Film się kończy. Można megafonem ogłosić "and the winner is" Wojciech Smarzowski. 

Zwiastun "Drogówki" zapowiadał coś śmiesznego. Ot, banda mniej lub lepiej ubranych warszawskich kierowców, z "immmunitetami" i bez. Ich żenujące zagrywki, które znamy z z mediów jedynie jako schludnie podane, tu zaczynają uderzać swoją realnością. Na wyciągnięcie ręki, na uchwycenie kamerą aparatu komórkowego. 

Smarzowski wybrał sobie bardzo wdzięczny temat do pokazania, że nie ma ludzi jednoznacznie dobrych albo złych. Policjantów z drogówki.
"Król nie bierze" i jest trzeźwy, ale żonę zdradza.  Jego kolega po fachu w ramach solidarności stara się pomóc, natomiast śmieci wyrzuca do lasu. Policjantom zawsze jest po drodze do burdelu i do wódki, która leje się hektolitrami. 
A kiedy już się naśmialiśmy i naoglądaliśmy pijackich burd, okazuje się, że to wszystko nie ma jednoznacznego wymiaru. Stanowi układankę, z którą zmaga się Król (Bartłomiej Topa). Nagle okazuje się, że incydenty są uzupełniającą się całością, która śmierdzi z daleka. 

"Drogówkę" ogląda się świetnie. Montaż  sprawia, że jest bardzo dynamiczny, a od rytmu zmieniających się wątków aż kręci się w głowie. Ciekawa konwencja filmu jest gwarancją prawie dwóch godzin bez ani minuty nudy. Dialogi, które wywoływały wybuchy śmiechu na całej sali mogą urosnąć do rangi tak dobrych, że kultowych. Grze aktorskiej nie można nic zarzucić absolutnie nic, znane oraz sprawdzone nazwiska aktorów nie zawiodły i tym razem. Bartłomiej Topa w roli Ryszarda Króla spisał się znakomicie, mam nadzieję, że zostanie za to odpowiednio doceniony przez publiczność.

Podobnie jak Smarzowski, który konsekwentnie łamie konwencję w pokazywaniu jacy ludzie są naprawdę. Niewątpliwie trzeba do obejrzenia tego filmu mocnych nerwów i dystansu do samych siebie. Smarzowski to mistrz wagi ciężkiej bazowania na niezbyt pięknej rzeczywistości ze znakomitym, godnym polecenia rezultatem jakim jest "Drogówka". 



Źródło zdjęcia
Źródło zdjęcia

Recenzje filmowe publikuję także na portalu filmweb jako forever

piątek, 18 stycznia 2013

"Sejse" (2012, reżyseria:Ben Lewin)


Nie od dziś wiadomo, że żeby podjąć temat tabu warto spróbować spojrzeć na niego z lekkim przymrużeniem oka. "Sesje" obfitują nie tylko w takie żarty. Dzięki filmowi dostrzegamy w głównym bohaterze nie tylko kogoś pozbawionego siły fizycznej i przykutego do łóżka. To inteligentny facet z poczuciem humoru, który, jak każdy człowiek, ma swoje potrzeby. Także i TE potrzeby.

Marc O'Brien chce przestać być prawiczkiem.Jego poprzednie doświadczenie z kobietą nie zakończyło się tak jak powinno w bajce o zakochanych.
 Aby spełnić swoje życzenie musi zatrudnić seksurogatkę, czyli terapeutkę o dość specyficznej  specjalizacji.
Ich sesje okażą się ciekawą i niezwykle doświadczającą przygodą, nie bez powodu w tym filmie miłość została przyrównana do podróży.

Wybrałam się na ten film pod wpływem bardzo optymistycznego zwiastuna i nie spodziewałam się, że będę w kinie cichcem wycierać łzy. Wielka szkoda, że byłam w nim w dniu premiery jedyną osobą na sali, bo uważam, że to "Sesje" to dzieło, które jest w stanie wywołać plejadę uczuć u większej ilości osób.
Mówi o wartości bezcennej, jaką jest obecność drugiego człowieka. Być może dopiero postać kogoś, kto bez innej osoby nie może sobie poradzić naprowadzi nas na tego typu refleksje.
Jest optymistyczny, choć niecukierkowy. Widz nie zapomina o tym, że życie Marka jest ograniczone, podobnie jak swoje granice ma kontakt z przewodniczką po tajemnicach alkowy. 

"Sesje" ogląda się świetnie nie tylko dzięki romantycznej kolorystyce, ale przede wszystkim, dzięki rewelacyjnej grze aktorów. Każda postać, która miała w tym filmie swoje pięć minut była zagrana rewelacyjnie, choć średnio przemawiał do mnie ksiądz w aż za bardzo ludzko-przyziemnym wydaniu. To życiowa, słodko-gorzka historia o życiu i problemach, które wyglądają zupełnie inaczej niż większości z nas.

środa, 21 listopada 2012

"Gangster" (2012, reżyseria:John Hillcoat)


This is a man's world. Tu świat rządzi się własnymi prawami takimi jak duma, honor czy lojalność.  Bohaterowie filmu "Gangster" to znani w okolicy bracia Bondurant.
Zdjęcie Forresta (Tom Hardy) powinno być uzupełnieniem w słownikach do definicji słowa "twardziel". Środkowy, Howard jest ulepiony z podobnej gliny. Jack jako najmłodszy, postrzegany jako najsłabszy. W trójkę rozkręcają interes pędzenia bimbru w czasach kiedy ten owoc jest zakazanym i to bardzo.

Fakt ten oraz słynny temperament wynikający ze sławy nazwiska nie podoba się władzom.
Próbują znaleźć na wieśniaków lekarstwo w postaci pedancika z Chicago (Guy Pearce). Wojna, która będzie się pomiędzy nimi toczyła to nie Bolek i Lolek na Dzikim Zachodzie. Tu świstają kule, strumieniami leje się krew, cierpią rodziny. Przemoc w wykonaniu obydwu stron to nie muśnięcia pięściami,ale brutalne pranie się po mordach z wykorzystaniem takich środków, że momentami trudno było mi patrzeć w kinowy ekran. 
Dawno nie widziałam takiej ilości testosteronu w filmie. Było to idealne skomponowane ze specyficzną relacją braci oraz rywalizacją o władzę w miejscowości. Aktorzy spisali się znakomicie, choć moje serce podbił Tom Hardy, który lekcje mimiki do tego filmu pobierał prawdopodobnie u samego Clinta Eastwooda. Mało mimiki, mnóstwo przekazu. Osobowość czarnego charakteru była tak paskudna i tak wiarygodnie zagrana, że nie mam wątpliwości co do tego, że obsada aktorska to byli właściwi ludzie na właściwym miejscu, którzy zagrali na wysokim poziomie.
Fabuła została zaczerpnięta z prawdziwych wydarzeń, opisanych w książce "The Wettest Country in the world".  Ci panowie istnieli naprawdę i choć w pewnych momentach "Gangstera" brutalność sprawiała, że o tym zapominałam to jednak jest to ważnym elementem układanki. 
Ciekawą funkcję w tym filmie pełnią kobiety. Z jednej strony mamy kruche dziewczątko (Mia Wasikowska), a z drugiej kobietę po przejściach (Jessica Chastain). Za jedną trzeba się uganiać, druga natomiast czeka na pierwszy krok ku sobie. 
Grzechem byłoby niewspomnienie o ścieżce dźwiękowej, która od pierwszych do ostatnich minut filmu była wspaniała. Za tę część odpowiedzialny jest Nick Cave w duecie z Warrenem Ellisem. 
Dawno nie widziałam filmu, który wzbudził we mnie tyle emocji. "Gangster" nie posiada ani jednej minuty nudy, ciekawe wątki, przemoc oraz niezwykle wyraziste osobowości bohaterów wobec których nie sposób pozostać obojętnymi. Wszystko to sprawiło, że stał się on jednym z lepszych filmów, jakie obejrzałam w ostatnim czasie. Nie ukrywam, że momentami było przerażająco brutalnie i choć zazwyczaj mnie to odrzuca, w tym przypadku, przemoc była uzasadniona, na miejscu i co najważniejsze, bardzo dobrze zrealizowana.  Pozostaje mi jedynie zadać pytanie "Gdzie się podziali tacy mężczyźni?" i utopić smutek odpowiedzi w słoiku z bimbrem. 

Recenzje filmowe publikuję na portalu filmweb pod nickiem forever
Zdjęcia wykorzystane w notce pochodzą z wyżej wymienionego serwisu

poniedziałek, 24 września 2012

"Jesteś Bogiem" (2012, reżyseria Leszek Dawid) + wyniki rozdania

Jeżeli twój sąsiad budzi cię o szóstej rano dźwiękami "Jestem Bogiem" to wiedz, że do kin wszedł właśnie film opowiadający historię Paktofoniki, mojej (i milionów innych) muzycznej miłości ze złotych czasów gimnazjum. 

Źródło zdjęcia

Fokus, Rahim i Magik, choć niewątpliwie różnili się od siebie doświadczeniem w kwestii rapowania to połączyły ich prowizoryczne warunki, w jakich przyszło im tworzyć swoje kawałki. Nie mam na myśli jedynie nagrywania w przerobionym pokoju, ale przede wszystkim, portret ich producenta. Kiedy oglądałam "Jesteś bogiem" odniosłam wrażenie, że tylko tak dobrze zapowiadającemu się zespołowi ten projekt mógł wypalić. Byli świetni, dlatego się udało. A łatwo wcale nie było.

Nie mam na myśli tylko kwestii finansowych, ale także, problemy Magika (w tej roli Marcin Kowalczyk). Presja i problemy dnia codziennego przytłoczyły go do tego stopnia, że lider zespołu, postanowił zakończyć swoje życie osiem dni po wydaniu ich debiutanckiego krążka. 
Fokusa (Tomasz Schuchardt) i Rahima (Dawid Ogrodnik) poznajemy, gdy szukają swojej drogi. Były członek legendarnego Kalibra 44, okazał się spoiwem łączącym cały skład.
Gdybym miała tej aktorskiej trójce wystawić szkolną ocenę, dostaliby szóstkę.
 Ich ekspresja była przemyślana, dopracowana niemalże do perfekcji. Było w "Jesteś bogiem" kilka momentów, w których byłam wręcz zahipnotyzowana tym, jak wiernie odtworzyli swoje role. Widać, że włożyli w to ogrom pracy i kawałek serca. Udało im się oddać świeżość i naiwność młodych artystów. Tu nie ma wielkich pieniędzy i luksusowych samochodów. 
Jest heroiczna chęć nagrania własnego tekstu. To wszystko. 

Źródło zdjęcia

Na ogromną pochwałę zasługują również zdjęcia do filmu. Obskurny i podupadający Śląsk końca lat dziewięćdziesiątych został wyeksponowany w 100% jako tło do wydarzeń akcji. Blokowiska, nieodłączny element twórczy hip hopowców, pokazuje korzenie, z jakich wyrosła muzyczna legenda. Wizualnie ogląda się ten film bardzo dobrze. Jeżeli dołączyć do tego muzykę, która rozbrzmiewała z głośników to zabrzmię jak wapniak, ale byłam wzruszona. Absolutnie nie doda mi to w niczyich oczach obiektywizmu, ale to utwory, które dla pewnego pokolenia były muzycznym narkotykiem. Kasety podkradałam starszemu bratu, być może po obejrzeniu tego filmu, ktoś też zajrzy do płytowej kolekcji rodzeństwa i odkryje ten wspaniały zespół. 

Nie nazwę tej produkcji dziełem dla wszystkich. Jest specyficzny, chociażby ze względu na wulgaryzmy w nim zawarte. Przemówi on jednak bardzo silnie do tych, którzy będąc podlotkiem, czas spędzali z ukochanym walkmanem w kieszeni z poczuciem, że dzięki ukochanej muzyce na uszach, można wszystko, jest się niemalże tytułowym bogiem.
To film o czymś więcej niż muzyka. Ma duszę, oddaje atmosferę powstającego zespołu. Problemy szarej codzienności, połączone z ogromną pasją i młodzieńczym zaangażowaniem, zaowocowały Paktofoniką. 
Natomiast świetny scenariusz, aktorzy, reżyseria, zdjęcia  oraz muzyka zaowocowały dobrym polskim filmem, którego nie można przegapić. 



PS. W szybkim rozdaniu książkowym zwyciężyła Książkoholiczka (dziękuję za wybór mojemu jednosobowemu jury, nie dałabym rady zrobić tego sama!). Gratulacje!

wtorek, 4 września 2012

"Good bye Lenin!" (2003, reżyseria:Wolfgang Becker)

Nie pamiętam jak to było, kiedy skończył się komunizm. Nie moje czasy, nie moja bajka.
Wolfgang Becker postanowił przybliżyć widzom emocje, towarzyszące milionom ludzi w roku 1989. Nagłych zmian, które wpływają na każdą płaszczyznę życia, tworząc rewolucję. Nie zawsze była ona chciana dla tych, dla których poprzedni ustrój był całym życiem.

Do takich osób możemy zaliczyć Christianę, matkę głównego bohatera. Zaangażowanie partyjne okazało się dla niej lekiem na ucieczkę męża.
Kiedy na własne oczy widzi jak "wspaniały" komunizm traktuje jej zbuntowanego syna, dostaje zawału.
Zapada w śpiączkę, z której budzi się po ośmiu miesiącach.
Niby to niedużo czasu, ale w 1989 roku były to lata świetlne.Zmieniło się wszystko, od sklepowych półek począwszy, na mentalności młodzieży skończywszy.


Źródło zdjęcia 


Alex, zgodnie z zaleceniami lekarza stara się nie dostarczyć matce emocji. W praktyce oznacza to przedłużenie komunizmu na prywatne potrzeby rekonwalescentki.
Jego zabawne działania i heroizm, jaki wykazuje ... takie rzeczy potrafią tylko młodzi ludzie. Kombinuje tak, jakby miał polskie korzenie! ;) Nagle bezwartościowe śmieci okazują się bezcennymi przedmiotami. Chce jak najwierniej odtworzyć matce rzeczywistość, która była dla niej wszystkim. Jak pogodzić zmiany  z polepszającym się zdrowiem kobiety? 



"Good bye Lenin!" to film, który kojarzy mi się z nostalgią. Na pozytywną atmosferę filmu miała niewątpliwie wpływ genialna ścieżka dźwiękowa Yanna Tiersena. Zaskoczyła mnie fabuła, bo myślałam, że będzie to raczej pompatyczne i ciężkie dzieło, a ogląda się go z lekkością, towarzyszącą młodzieńczym wybrykom. Aktorzy, wybrani do zagrania głównych ról to prawdziwy strzał w dziesiątkę, są tak wiarygodni, jakby przychodziło im to wręcz "od niechcenia", co tylko dodaje ich kreacjom aktorskim uroku. Zapomnijcie o skrępowaniu towarzyszącemu zbyt rozwlekanymi wspomnieniami,w "Good bye Lenin" mają one ludzką twarz, opowiadającą ciekawą historię. Wart obejrzenia, bez względu na wiek.
Źródło zdjęcia

Przepiękny motyw muzyczny, który pałęta się po mojej głowie cały dzisiejszy dzień i nie daje mi spokoju.  

środa, 15 lutego 2012

God bless George Clooney - Idy Marcowe (2011)


Kontrast między białym kolorem a czarnym to najlepsze odzwierciedlenie różnic, jakie panują w świecie polityki pomiędzy tym, co dzieje się "od kuchni" a tym, jakie danie zostaje nam zaserwowane w mediach. 
Myślę, że film jest wiarygodnym odzwierciedleniem realiów świata politycznego, ponieważ scenariusz powstał na podstawie sztuki, którą napisał Beau Willimon, niegdyś pracownik kampanii prezydenckiej z ramienia amerykańskiej Partii Demokratów.  

Mike Morris (George Clooney) jest kandydatem na prezydenta. Na jego sukces pracuje cały sztab specjalistów, wśród których wyróżnia się główny bohater filmu, Stephen Meyers (Ryan Gosling).
Ambitny trzydziestolatek to typowy karierowicz, inteligent w dobrze skrojonym garniturze. 
Imponuje elokwencją, zaangażowaniem, wiarą w idee, z którymi utożsamia się osoba, jaką reprezentuje.
Stażem i doświadczeniem wygrywa z nim Paul Zara (Philip Seymour Hoffman), który w filmie jest przedstawiony jako fizyczny kontrast do Stephena - otyły, niechlujnie ubrany i wiecznie palący.


Gdy Stephen przypadkowo odkrywa tajemnicę młodziutkiej stażystki (Evan Rachel Wood) a do zawodowych drzwi puka konkurencja z atrakcyjnymi propozycjami, staje przed ogromnym dylematem. 
Waha się pomiędzy zapewnieniem sobie pozycji zawodowej, rozdmuchaniem afery politycznej a własnymi wyrzutami sumienia.
Kiedy próbuje wyjść z całej sytuacji, szybko okazuje się, jak zakłamanych ludzi ma dookoła siebie.
Film pokazuje walkę człowieka pomiędzy wartościami, których w świecie polityki brakuje. Mimo pięknych słów i obietnic, tak starannie dobranych przez specjalistów od public relations, świat polityki to świat przeczący sam sobie. Nasączony kłamstwami, ubrany w piękne ramy i w świetle telewizyjnych kamer, zupełnie zmienia Stephena. 
Choć nie uda nam się dowiedzieć, czy Mike Morris osiągnie swój cel to jednak śmiało można powiedzieć, że Meyers dopiął swego, ucząc się politycznych zagrań od najlepszych specjalistów   z tej branży. Czasami wroga najlepiej pokonać jego własną bronią. 

Clooney jako reżyser przypadł mi do gustu. Choć chwilami odnosiłam wrażenie, że połączenie wątków dynamizmu kampanii oraz walki z własną moralnością, nie do końca mu wychodziło to jednak "Idy marcowe" przypadły mi do gustu. Na pochwałę zasługuje też  świetnie dobrana obsada aktorska, która spisała się na medal (a właściwie na statuetkę Złotego Globu, do którego został nominowany Ryan Gossling). 
 Niewątpliwie, film trzyma w napięciu, wymaga od widza skupienia oraz logicznego układania całej fabuły jak skomplikowanej układanki, która w całości stworzy bardzo kompletny i wiarygodny obraz politycznych rozgrywek. 



Recenzje filmowe publikuję także na portalu filmweb

wtorek, 22 listopada 2011

"Listy do M." (2011, reż.:Mitja Okorn)


Kiedy wybierałam się do kina na "Listy do M." wiedziałam, że jest to kino wysokiego ryzyka. 
Zaliczam się do grona osób, które generalnie nie przepadają za polskimi komediami romantycznymi, chociaż zawsze staram się nie wrzucać ich do jednego wora i oglądać, aby oceniać. Czasami nie ma nawet czego oceniać, ale w tym przypadku, sytuacja jest inna. Panie i panowie, z nieukrywanym zdziwieniem stwierdzam: nie jest najgorzej. 

"Listy do M." to świąteczne, bardzo zaplątane, historie życia różnych ludzi. 
To co przyciąga Polaków do kin to niewątpliwie znane nazwiska. W tej produkcji ich nie zabraknie, "Listy do M." są obsadzone świetnymi aktorami, odgrywającymi postacie, które zostały rozpisany w sposób albo bardzo dobry albo nijaki. 
Niektóre z nich są naprawdę świetnie ujęte i dobrze zagrane (jak np. postać grana przez Macieja Stuhra), inne kompletnie nie przypadły mi do gustu (m.in. za sprawą Pawła Małaszyńskiego, którego nie cierpię czy Katarzyny Zielińskiej, która w "Listach do M." gra chyba stopami, bo twarzą na pewno nie...). 
Widziałam na forum opinię, że to jest film, na którym ludzie się nie śmiali. Absolutnie się z nią nie zgodzę, ja na początku filmu miałam beznadziejny humor, a na końcu nie sposób było się nie uśmiechać. Oczywiście, nie wszystkie dialogi były tak zabawne jak powinny, ale mimo wszystko, można się na tym filmie zrelaksować i pośmiać, co też czyniłam w towarzystwie innych osób, których także ten film bawił. 


To, co rzuca się w oczy, to fakt, jak pięknie ta nieambitna komedia romantyczna została zrealizowana. Widać, że scenografia jest dopracowana w każdym szczególe, operatorzy kamer musieli się nieźle wysilić, aby Warszawa wyglądała tak urokliwie jak w "Listach do M."  To po prostu dobrze się ogląda, bo wizualność jest zdecydowanie mocną stroną tego dzieła. 
Z mojego subiektywnego poletka muszę jednak dodać, że najbardziej w tym filmie ucieszył mnie fakt, iż zobaczyłam w nim dwójkę bydgoskich aktorów, grających w naszym teatrze - wspaniałą Martę Ścisłowicz i Jerzego Pożarowskiego.

Polecam ten film, wszystkim tym, którzy mają  gorszy dzień i lubią od czasu do czasu obejrzeć  coś zupełnie niezobowiązującego. Lekkiego, łatwego i przyjemnego poprawiacza humoru.
Jedyne, co mnie irytuje w tego typu produkcjach to data pojawienia się ich w kin. Komedie romantyczne to dla mnie bynajmniej nie jest coś, co jest w stanie przybliżyć mnie do atmosfery świątecznej, Boże Narodzenie to coś więcej niż facet w czerwono-białym wdzianku i prezenty. 

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Stare kino - "Wojna i pokój" (1956)

Lubicie stare kino? 
Ja muszę powiedzieć, że uwielbiam. 
Uwielbiam cofać się do dawnych lat, ale przede wszystkim - do dawnych gwiazd filmowych. 
Lubię móc odczuwać na własnej skórze widza, jak wiele rzeczy od tamtej pory się zmieniło. 
We wszystkich filmowych aspektach - począwszy od aktorstwa a skończywszy na scenografii.

Kreatywna swoją wspaniałą notką o Audrey Hepburn (przeczytajcie ją koniecznie!;)) przypomniała mi o moim postanowieniu filmowym.

Od kilku miesięcy moja Mama kolekcjonuje kolekcje filmową "Ikony kina", a ja... jeszcze nie miałam szansy się jej bliżej przyjrzeć. Dzisiaj, przełamałam bariery i zasiadłam do seansu, który trwał dwieście minut. 


"Wojna i pokój" w reżyserii Kinga Vidora to jedna z najwspanialszych ekranizacji powieści, jaka kiedykolwiek powstała w historii kina. 
Wynika to nie tylko z faktu, że reżyser stanął przed ogromnym wyzwaniem, przetworzenia na film czterech tomów powieści, ale przede wszystkim z ogromu trudnych wątków,zarówno  historycznych jak i obyczajowych, jakie poruszył Lew Tołstoj w swojej książce. 


Pierwszą kwestią, która od razu rzuca się w odbiorze tego filmu jest znakomita obsada aktorska. 
Audrey Hepburn w tym filmie pokazuje wszystkim niedowiarkom, że nie jest tylko pięknością trzepoczącą długimi rzęsami, ona jest aktorką.
Tak wspaniałą, że w perfekcyjny sposób uda jej się oddać przemianę głównej bohaterki, z naiwnego i bardzo kochliwego podlotka w kobietę z bagażem doświadczeń.
Godna wspomnienia jest także gra aktorska Henry'ego Fondy i Herberta Loma. Ten ostatni wcielił się w drugoplanową rolę Napoleona, którego istnienie w tym filmie jest kluczowe.

Bowiem ważnym tłem dla tego filmu jest tło historyczne. Agresywne walki między Rosją a Francją, historyczne batalie pod Austerlitz czy Borodino - to wszystko możemy zobaczyć właśnie w "Wojnie i pokoju".
Odtworzone z rozmachem i przepychem, w produkcji praktycznie wszędzie czuć ogrom pieniędzy włożonych w tę ekranizację - od kostiumów aktorów aż po sceny wojenne, które są po prostu wspaniale nakręcone.
Patrząc na datę produkcji, jestem pełna podziwu dla tak dokładnego odtworzenia scen batalistycznych. Widać, że ktoś włożył tu naprawdę sporo wysiłku i zatrudnił mnóstwo ludzi do tego, abyśmy my, widzowie, poczuli się dokładnie tak, jak na prawdziwym polu walki.

I choć seans trwa dwieście minut, co dla współczesnego widza może być po prostu szokujące, ja podczas oglądania tego filmu, kompletnie zatraciłam się w czasie. 
Pochłonęły mnie losy i historie ludzi, którzy kochają, a których życiowe losy są poplątane poprzez wojnę. 
Pozostaje mi jedynie chylić czoła przed tak perfekcyjnym oddaniem wielowątkowej powieści i zachęcić do poświęcenia swojego czasu na klasykę kina i przy okazji, bardzo wartościowy film. 



sobota, 12 marca 2011

"Poznasz przystojnego bruneta" Woody Allen

Zanim będziecie mogli przeczytać recenzję najnowszego filmu Allena,  muszę napisać, że ten pan to moja  miłość.
Jestem fanką jego filmów, mam u siebie w pokoju półkę pod wezwaniem Woody'ego Allena, na którym je gromadzę, chodzę do kina na każdy maraton Jemu poświęcony.
Czemu?
Bo z filmami Allena było u mnie jak z miłością od pierwszego wejrzenia, ten niski okularnik swoją inteligencją i pomysłowością zawsze mnie zadziwia. 
Zabawna sytuacja spotkała mnie wczoraj - czekając na maraton w Multikinie, usłyszałam jak jeden chłopak pyta się swojego kolegi "Ale kto to właściwie jest Woody Allen?".
Nie każcie mi, proszę, po raz drugi w przeciągu 24h odpowiadać na to pytanie... :)





Czekanie na kolejną premierę filmu Woody'ego Allena przypomina mi trochę czekanie na Gwiazdkę w dzieciństwie.
Moja radość jest porównywalna, choć nie jestem już dzieckiem.
Muszę się jednak przyznać, że moja miłość złamała mi tym filmem serce - ponieważ pierwszy raz w życiu po obejrzeniu jakiegoś jego filmu czułam obojętność.
Byłam strasznie sobą zdziwiona - że to niby Woody coś takiego spowodował? On, mistrz ciekawego scenariuszu, świetny humorysta, perfekcjonista,prowokator?
A jednak.



Film opowiada historię czterech, powiązanych ze sobą, osób, zamieszkujących Londyn.
Pierwszą z nich jest Helena Shebritch (Gemma Jones), którą poznajemy w momencie, gdy udaje się do wróżki.
Powodem jej wizyty jest kompletne zdołowanie, jakiego dostarczył jej mąż, Alfie (Anthony Hopkins), porzucając ją. 
Ten sposób na rozwiązanie problemu poleciła jej córka, Sally (Naomi Watts), która po prostu chciała, aby jej matka w końcu przestała się zamartwiać.
Córka jednak nie miała pojęcia o tym, że jej matka, zacznie brać bardzo do siebie wszystkie, (nawet najbardziej absurdalne) rady "wróżki".

W miarę postępowania fabuły filmu, z historii tych ludzi, "wychodzi" wiele ciekawych faktów - liczne romanse, słabości, absurdy, wzajemne pretensje.
Napięcie kłótni między nimi jest dość wysokie, zgodnie z zasadą, że z rodziną najlepiej wygląda się na zdjęciu.
Fabuła rozwija się i dochodzimy do punktu, w którym, mówiąc wprost, każdy ma kogoś.
Czy na wskutek romansu zawiązanego z powodu małżeńskich kłótni, czy też z powodu nagłego pociągu do seansów spirytystycznych.
W momencie, w którym miłosne koło się zamyka, każdy jest czymś zajęty, film się urywa i to zepsuło mi jego prawidłowy odbiór.
Skojarzyło mi się to trochę z zamiarem w sztuce, jaki stosował Michał Anioł - non finito.
Zostawiał niedokończone rzeźby celowo, taki był jego zamysł  i tak właśnie postąpił Woody, jednak w moim odczuciu, psuje to całość filmu.
Filmu, który i tak jak na Allena był bardzo, bardzo przeciętny...

Wydaje mi się, że najlepiej rozpisanym wątkiem jest wątek Alfiego i jego nowej, wybitnie głupawej, żony - byłej prostytutki.
To on nurtuje nas najbardziej. 
Jestem zawiedziona, bo film posiada naprawdę znakomitą obsadę aktorską i widać, że aktorzy się bardzo spisali w odgrywaniu swoich ról, ale niestety, ich wysiłek, poszedł na marne.
Nie polecam. :)









Jest mi strasznie, strasznie przykro, że kompletnie nie mogę zabrać się za napisanie jakiejś recenzji, mam masę książek do przeczytania, a niestety, są to głównie lektury potrzebne mi do przygotowania się do ustnej prezentacji z polskiego... :(


piątek, 28 stycznia 2011

"Czarny łabędź", czarna rozpacz






Darren Aronofsky to nazwisko, które od kilku miesięcy wzbudzało moje zainteresowanie.
Czekałam na ten film, głównie dlatego, że w tym roku w mojej ukochanej Bydgoszczy odbywał się Festiwal Plus Camerimage, gdzie był on prezentowany, a sam reżyser zaszczycił festiwal swoją obecnością.
Dużo bliżej i dalej znanych mi ludzi, pracowało przy festiwalu jako wolontariusze, usłyszałam mnóstwo pozytywnych opinii, więc film ten stał się dla mnie obowiązkowym do zobaczenia w kinie.
Film opowiada historię baletnicy Niny (Natalie Portman) chorej na perfekcjonizm.
Działa jak nakręcona maszyna, a jej życie zawiera tylko dwa miejsca akcji.
Salę prób, gdzie w pocie czoła, próbuje udowodnić swojemu nauczycielowi, że jest warta roli oraz dom, gdzie czeka ją nie mniej chora na ambicję matka.
Warto zaznaczyć, że dom jest jednocześnie też jej drugą salą prób – to tutaj rozpoczyna każdy dzień od ćwiczeń, których prezycyjne ujęcia doprowadzały mnie do dreszczy.
Aronofsky lubuje się w przedstawianiu nam całej historii za pomocą drobnych detali i symboli.
W ten sposób w „Czarnym łabędziu” starał się pokazać nam rzeczy, które przedstawić jest bardzo trudno – psychiczny obłęd oraz... balet. Nie  z perspektywy widza, ani nawet tancerza. Jako widzowie tańczymy razem z Niną.
A oprócz tańca w balecie tańczy również na granicy normalności, jest popychana w coraz większą psychozę.
Choć zanim poszłam do kina miałam o sobie mniemanie widza, którego „nic nie ruszy”, bo lubię mocne filmy, zaczęłam zmieniać to zdanie.
Mocne połączenie ludzkiego obłędu, bardzo pruderyjna (żeby nie powiedzieć wręcz zwierzęca) wizja sterowania innych ich seksualnością i muzyka to wszystko sprawiło, że ¼ tego filmu obejrzałam zasłaniając się kurtką.
Czułam się jak odbiorca bardzo zastraszony obrazem, a przez to nie do końca umiejący sobie z nim poradzić. Bardzo ciężko jest dokonać oceny tego filmu.
Jedno wiem napewno – nie jest to dzieło dla ludzi o słabych nerwach.
Najbardziej niesamowitym elementem tego filmu jest gra aktorska Natalie Portman.
Choć Oscara ma już w kieszeni to jej wysiłek włożony w tą kreacje jest czymś godnym podziwu.


To film dla zainteresowanych, ciekawy wywiad z twórcami, również pochodzi z Plus Camerimage Bydgoszcz :)



Ktoś był w kinie, ktoś widział ten film?
Jestem ciekawa Waszych  opinii :)

A w chwili obecnej raduję się właśnie rozpoczętymi feriami, będę miała MNÓSTWO  czasu na czytanie! :)


poniedziałek, 20 grudnia 2010

Chwilami życie bywa znośne.




Urzekł mnie ten delikatny motylek w skórze starszej pani - Wisława Szymborska.
Nigdy po Jej wierszach nie spodziewałabym się kogoś, kto ma słabość do kiczowatych pamiątek.
Pali jak smok. Tego również się nie spodziewałam.
Katarzyna Kolenda-Zaleska pokazała jeden z naszych literackich skarbów narodowych dokładnie takim, jakim jest.
Podobał mi się ten dokument, dlatego, że poszedł w dobrą stronę.
Nie w stronę polskiej martyrologii poetyckiej, czyli gombrowiczowskie "Słowacki wielkim poetą był", ani w stronę cukierkowatego przedstawienia osoby, żeby była bardziej "zjadliwa" dla widza, przyjemniejsza w odbiorze.
Poszedł w stronę pokazania prawdy - niesamowitego uroku, inteligencji, ciepła i radości, jakie posiada poetka.
Najbardziej zdziwiło mnie to, jakie podejście ma do swojego etapu pisania wierszy "ku chwale komuny" i przekonała mnie do siebie.
Należę do tego grona wyznawców poezji, którzy uważają, że Nobel powinien trafić w ręce pana Zbigniewa Herberta, bo w Noblu dla pani Szymborskiej (mimo tego, że uwielbiam Jej wiersze) ten właśnie epizod mi przeszkadzał.
A potem, kiedy ta miła pani, wyjaśniła, jakie ma do tego podejście, że to była jej młodość, a w młodości dużo zależy od towarzystwa i ja zastanowiłam się nad tym głębiej. Z kim przystajesz, takim się stajesz, nawet jeśli są to komuniści - nawet jeśli na chwilę, będą ci to wypominać do końca życia.
A już w ogóle w przypadku, kiedy jesteś laureatką Literackiej Nagrody Nobla, której nie możesz znaleźć, bo w swoim mieszkaniu masz jakieś 600 szuflad... :)
Całość Jej świata, a przede wszystkim uleganie swoim małym słabościom, wszystkim drobnym poprawiaczom humoru, czynią z Niej osobę zdolną do zachwytu nad wszelkimi mechanizmami świata.
Dają jej elitarny tytuł obserwatora gatunku ludzkiego jako zjawiska, którym można się zachwycić, ale także można obrzydzić.
Częściej to pierwsze niż to drugie.
Nie lubię w Polakach cechy, której na całe swoje szczęście, nie posiadam - plucia w rodzime gniazdo.
Szukając czegoś o pani Szymborskiej w Internecie, natknęłam się na masę zgryźliwych komentarzy, jakichś wszystkowiedzących znawców poezji i życia prywatnego poetki, pełne zawistnego jadu i dziwne sformułowanych wyrażeń, bardzo niebezpiecznie balansujących na granicy tolerancji z wulgaryzmem.
Ludzie z klasą to tacy, którzy pokazują, że są ponad to.
Idąc za Nią i Jej sekretarzem w różne przedziwne miejsca, miało ochotę się pojechać tam i spotkać tą wątłą Panią i Jej niesamowicie mądre oczy.
Nie ma co szukać po miastach, chyba po prostu trzeba zajrzeć do któregoś z tomików.
:)