Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lipca 2011

Krzysztof Sengorz, "Sen życia"

Przyznam się, że niezmiernie ucieszyłam się na wiadomość, że wydawnictwo Radwan jest zainteresowane współpracą ze mną. Choć, cieszę się z każdej współpracy z wydawnictwem, muszę przyznać, że to mnie bardzo zaintrygowało. 
Ich oferta wydaje mi się bardzo undergroundowa (wybaczcie za to brutalne zapożyczenie) i... odważna. Wchodzę w to! (A najbardziej zrobiła na mnie wrażenie cena przesyłki za jedną książkę - 2,49 zł. Lubię to!)




Wydaje mi się, że debiutami literackimi jest tak jak z czekoladkami, o których mówił Forrest Gump - nigdy nie wiesz, na co trafisz.
Ma to swoje dwie strony, z jednej - kiedy widzę książkę, a o jej autorze moje uszy nigdy nie słyszały, jestem zaintrygowana. A z drugiej strony, bardzo kiepsko znoszę rozczarowanie, w momencie, gdy ta książka wydaje mi się opisana przez tego autora nad wyrost.

Główny bohater, Piotr to mąż i ojciec. Jednak, gdy potrąca go samochód, jego myśli bynajmniej nie są skierowane w stronę rodzinnych pieleszy, a w stronę rozmyślań na tematy typowo finansowe.
Dostaje szansę od Boga na spotkanie z Aniołem. Aniołem, którzy pokaże mu kilka aspektów Jego życia (czyżby "Opowieść wigilijna?"), wytłumaczy trudne kwestie, z którymi borykamy się każdego dnia.
Większość tej książki stanowią filozoficzne rozmowy, które odbywały się pomiędzy Aniołem a Piotrem. Nasz bohater ma mnóstwo pytań i wątpliwości, ale z czasem zaczyna dostrzegać mądrość  swojego rozmówcy.

Gdybym miała określić tę książkę jednym epitetem, napisałabym, że jest to książka przegadana.
Ot, kilka utartych frazesów, inspiracja religijna i .. mamy "Sen życia".
Jeśli to ma być sen, to dla mnie jest to koszmar.
Wynudziła mnie ta książka potwornie i nie dowiedziałam się niczego nowego.
Wszystko to, co zostało w tej książce napisane to po prostu filozofia religijna, która komuś, kto orientuje się w takich poglądach, nie jest potrzebna. To już było. 
Komu miało otworzyć oczy, temu otworzyło, nie widzę sensu ubierania czegoś takiego w bardzo długi i mozolny do przebrnięcia dialog. 

Po skonfrontowaniu opisu książki z jej zawartością stwierdzam, że autor chyba potraktował ten debiut jak rodzice czasami traktują swojego jedynaka. Rozpieszczają i wszystkim dookoła mówią, że to najwspanialsze dziecko na świecie.
Jeśli ktoś chce zmieniać moje życie książką to chyba potrzebuję czegoś więcej, jakiegokolwiek elementu zaskoczenia. 
Szkoda, zapowiadało się ciekawie.


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Radwan, zapraszam Was na ich stronę, nie zrażajcie się tą recenzją, debiuty to naprawdę ciekawe zagadnienie. :)

PS. Jak pewnie zauważyliście, z mojego bloga zniknął banner wydawnictwa Otwarte. Czy Wy też otrzymaliście umowę od wydawnictwa? Bo ja dokładnie przeczytałam warunki współpracy i stwierdziłam, że albo ktoś robi sobie ze mnie żarty albo (o, zgrozo)niewolnictwo powróciło.
Czekam na Wasze opinie :)  

czwartek, 14 lipca 2011

Anna Fryczkowska, "Kobieta bez twarzy"


Hanna Cudny, główna bohaterka powieści "Kobieta bez twarzy" Anny Fryczkowskiej to kobieta po przejściach. 
Aby zapomnieć o samobójczej śmierci własnego męża, postanawia wyjechać na wieś, którą ciepło wspomina z dziecięcych wakacji.

Wyjazd ten, miał okazać się lekarstwem dla obolałych dusz Hanny oraz dwójki jej dzieci - Miśki i Maksa.
Niestety, tak się nie stało.

Trupy, kryminalne zagadki, porwania, zniknięcia, gwałty.
Kto myślał, że dostanie tu choć odrobinę prawdziwej wiejskiej sielanki, jest w błędzie. 
Drodzy Czytelnicy, schowajcie w kieszeń Wasze wyobrażenia polskiej wsi, którymi ostatnio bombardują nas polskie pisarki. W Świątkowicach, dziurze zabitej dechami, leje się krew!
Ale...zdradzanie czegoś więcej  byłoby wprost krzywdzące dla potencjalnych czytelników, dlatego pragnę zwrócić uwagę na inne aspekty książki, którymi się zachwyciłam.

Anna Fryczkowska, pisząc "Kobietę bez twarzy" wykazała się nie lada umiejętnościami literackimi.
To nie tylko mnogość naprawdę wspaniałych pomysłów do knucia intryg, ale także żywy, dynamiczny język.
Dawno nie czytałam książki, w której dialogi bohaterów wydają mi się naprawdę szalenie ciekawe, z domieszką ironii, czasami zabawne. 
Może to wręcz kosmetyczny zabieg przy wydawaniu książki, ale rozdziały powieści są bardzo krótkie, to sprzyja szybkiemu czytaniu i podwyższa adrenalinę tym, którzy nie mogą się doczekać, co wydarzy się dalej.
Chylę także czoła przed rewelacyjnym rozpisaniem postaci drugo i trzecioplanowych. 
Były bardzo wiarygodne i... swojskie. To najlepiej świadczy o tym, jak dobrze udało się autorce połączyć wątek kryminalny z wątkiem mieszkania na wsi.
Gdybym miała opisać ten kryminał jednym przymiotnikiem byłoby to słowo:perfekcyjny. 


Wydaje mi się, że ta książka to także świetny pretekst do przełamania się wobec kryminałów - ci, którzy są nieprzekonani, a sięgną po "Kobietę bez twarzy", z pewnością się nie zawiodą.


Za możliwość zrecenzowania tej książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński


PS. Zainteresowanych zachęcam do odwiedzenia bardzo ciekawej strony, którą prowadzi autorka książki wraz z rodziną - http://www.wszyscypiszemy.pl/, godna pochwały rodzinna inicjatywa! :)

poniedziałek, 11 lipca 2011

Teresa Anna Aleksandrowicz "Cudowne życie Staśka i innych aniołów"


Choć okładka tej książki wygląda bardzo marzycielsko, bohaterowie, których spotykamy na kartach powieści wiedzą, że życie to nie bajka. 
Dopóki jest się zdrowym i młodym ciężko jest się wczuć w sytuację emeryta czy rencisty, który z bagażem doświadczeń i głową pełną marzeń, musi odmawiać sobie prawie wszystkiego, aby przeżyć od pierwszego do pierwszego następnego miesiąca. 
Jednak zawartość ich portfeli to kompletne przeciwieństwo do tego, co znajdujemy w ich duszach. 
A to po prostu... prawdziwe bogactwo.

Natalia jest rencistką, która uwielbia książki. Oprócz tego jest marzycielką, która potrafi doceniać to, co ma. Jej przyjaciółka, Wanda, to typ starszej pani, wiecznie skupionej na swoich chorobach. 
Trzecią przyjaciółką jest Marysia, która swoją opiekuńczość przelewa na bezdomnych, którym gotuje posiłki (i jak mówi to zdrabnia prawie każdy wyraz! ;)) Ich dotychczasowe życie staje na głowie, gdy Stasiek, bezdomny filozof, którego znają od dziecka, znajduje sporą sumę pieniędzy.

Ogrom tematów do refleksji, jakie w swojej książce poruszyła Teresa Anna Aleksandrowicz jest dla mnie po prostu... niesamowity. W bardzo bezpośredni sposób pokazuje, do jakiego marginesu społecznego są spychani starsi ludzie, jak wiele przyczyn i twarzy potrafi mieć ludzka bezdomność oraz jak dalekie posunięte konsekwencje może wywołać brak odpowiedzialności za drugiego człowieka. 

Po tym opisie pewnie większość pomyśli, że ta powieść to ciężka, dobijająca lektura.
Ja mogę napisać jedynie tyle, że tak wcale nie jest. 
Najlepszym aspektem tej książki było to, że autorka, w godny podziwu sposób, pokazała nam kontrast pomiędzy nieszczęściem a szczęściem, rozumianym bardzo indywidualnie, przez pryzmat bohaterów. Dodam tylko, że całość napisana jest prostym, aczkolwiek ciekawym językiem.
"Cudowne życie Staśka i innych aniołów" to taki balsam dla duszy po polsku. Otula nadzieją i optymistycznym podejściem do przyszłości jak ciepły koc w mroźny wieczór. 
I choć za oknem mamy upalne lato, to czasami takie książki są najlepsze, gdy nie dopisuje nam humor i nic się nie układa. Pozwólmy się otulić "Cudownym życiem Staśka i innych aniołów", bo to wspaniała lektura.


Za egzemplarz recenzencki z całego serca dziękuję wydawnictwu Prószyński :)

niedziela, 26 czerwca 2011

Stanisław Zasada, "Wyznania księży alkoholików"


"A co wy myślicie, że księża to zwożeni z Watykanu w klimatyzowanych kontenerach kosmici? Nie. To brat twojej koleżanki z klasy,kuzyn, sąsiad." - tłumaczył na spotkaniu w bydgoskiej bibliotece Szymon Hołownia. Ksiądz też człowiek. A każdy człowiek upada. 
Bohaterowie "Wyznań księży alkoholików" autorstwa Stanisława Zasady upadali wiele razy. 
Przed oczami swoich parafian, rodzin, ale przede wszystkich, przed oczami przełożonych, którzy rozkładali ręce, przymykali oko, odsyłali do innej parafii. 

Alkoholizm to poważna choroba. Zaczyna się niewinnie, a może skończyć nawet tragicznie.
I to bez względu na to czy jest się osobą świecką czy duchowną. 
Ta książka uwrażliwia czytelnika, aby starała się dostrzegać w kapłanie pierwiastek człowieczeństwa. Słabości duchownych nie znikają w momencie, w którym są wyświęcani na kapłanów.
Oni też mają swoje problemy, doskwiera im samotność, a każdego dnia dźwigają ogromne brzemię odpowiedzialności. 


Najgorsze, co z problemem można robić, to starać się go przemilczeć.
Dlatego chylę czoła przed autorem za to, że postanowił podjąć się tematu tabu i zebrać tak wiele trudnych historii. 
Widać w tym serce i ogromny profesjonalizm - oprócz kilku prawdziwych opowieści, możemy dowiedzieć się o tym, jaka jest prawdziwa historia alkoholizmu wśród księży w Polsce, ale także o miejscach, które zajmują się pomaganiem duchownym.
To godna pochwały inicjatywa, która pozwala nam spojrzeć na alkoholizm duchownych z ich perspektywy. Nabrać zrozumienia, zrozumieć problemy tych ludzi, którzy zazwyczaj rozwiązują nasze własne. 
W mojej opinii to dzieło nie ma konkretnej grupy odbiorców. Jest dla każdego,otwiera oczy na problem,  którego najchętniej byśmy w ogóle nie widzieli. Warto przeczytać.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję.
Książka ma swoją premierę 28 lipca, ale już dziś można przeczytać jej fragmenty tu.

wtorek, 10 maja 2011

Marina Mayoral, "Kto zabił Inmaculadę de Silva?"


Dawno nie zdarzyło mi się oczekiwać na jakąś książkę z taką niecierpliwością, jak na najnowszą powieść Mariny Mayoral.
Oliwy do ognia dodawały liczne pochlebne recenzje, a wisienką na torcie była okładka.
Absolutnie hipnotyzująca, stanowi idealną, tajemniczą zapowiedź książki.

Etelvina jest nastolatką, która podczas wakacji próbuje znaleźć odpowiedź na mroczną tajemnice swojej rodziny, sprawę morderstwa jej ciotki, Inmaculady oraz Antona del Canote, który zasłynął ze swojej partyzanckiej działalności za panowania generała Franco.
Etel odnajduje w tej historii siebie, ponieważ wiele osób mówiło jej, że przypomina ciotkę, czuła do niej pewnego rodzaju sympatię.
Wraz z Juanchem, w którym się podkochuje oraz kuzynką Catarą, szukają nieznanych faktów, rozmawiają ze świadkami wydarzenia, próbują ustalić jedną, najbardziej wiarygodną wersję tragicznych wydarzeń z roku 1948.

Trzeba też wspomnieć o silnym historycznym tle. Historia zostawia ślady w naszych bohaterach, a nieraz nawet determinuje ich zachowania. Ciekawym elementem tej książki są opowieści rodzinne, pokazujące bardzo różne historie. Bardzo dobrym zagraniem było umieszczenie małego drzewa genealogicznego, ułatwia to czytelnikowi lekturę.

Jakże byłam zaskoczona sobą, kiedy łapałam się nad tym, że ta historia w ogóle mnie "nie wciąga".
Oczekiwałam chociaż drobnego dreszczyku, a spotkała mnie irytacja, bo po prostu momentami gubiłam się w chaosie i gąszczu nazwisk oraz wydarzeń. Skusiłam się na nią, ponieważ opowiadanie tej samej autorki, które posiadam, zrobiło na mnie piorunujące wrażenie, a w tej książce mogę mówić jedynie o małej iskierce...

Mam wrażenie, że jest trochę przesadzona. Może z uwagi na duże emocje i uczuciowość narracji, coś nie wyszło. Wydaje mi się, że ta książka jest niedopracowana, czegoś w niej brakuje.
A szkoda, bo jestem głęboko przekonana o tym, że tę autorkę stać na więcej. 


Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Muza.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Natalia Rogińska, "Maciejka" + kilka słów

Po pierwsze, muszę zacząć od usprawiedliwienia się. :)
Niestety, kartki kalendarza urywają się jak oszalałe, czas pędzi, niedługo zakwitną kasztany, które mam nadzieję, będą dla mnie pomyślnymi, które dadzą mi wstęp na wymarzone studia. 
Nie zawitałam na Wasze blogi, ba, nawet nie tknęłam żadnej innej książki prócz vademecum z polskiego i angielskiego.
Znalazłam chwilę, zaraz zabiorę się za ich lekturę, a póki co, przed Wami, świeżutka recenzja powieści Natalii Rogińskiej - "Maciejka".


Prawdę mówiąc, rzadko się tak zdarza, że książka, którą biorę do ręki, nie wzbudza we mnie żadnych uczuć.
Okładka wydała mi się tak beznamiętna i pozbawiona emocji, że nie byłaby w stanie mnie zachęcić, ale.... (zawsze musi być ale!)
Brak bardziej wyrazistej ekspresji na okładce to zapowiedź ponad dwustu stron dynamicznych przygód prawie czterdziestoletniej Karoliny.
Prawie szczęśliwej.
Ciężko znaleźć jakąkolwiek stabilizację w życiu, które przypomina tykającą bombę zegarową, wypełnioną imprezami,przygodnymi znajomościami, kiepsko płatną pracą pielęgniarki, historiami z rodzinnej wsi oraz wiecznymi wspominkami o Macieju K., świetnym kochanku, z jedynym mankamentem w postaci obrączki na serdecznym palcu u lewej dłoni.
Kiedy te wspomnienia, wydają się być czytelnikowi tak przyjemne jak ciążąca kula u nogi (ważąca przynajmniej tonę), Karolina zaskakuje.
Pomimo konieczności podjęcia skomplikowanej decyzji, nie wymięka, nie użala się nad sobą. To, czy nie popełnia głupoty, pozostawiam już subiektywnej ocenie czytelniczych sumień, jedno jest pewne - z kłopotów wychodzi obronną ręką. 
Odważnie postanowiła zawalczyć o swoją lepszą przyszłość i gdy żegnamy się z Karoliną na końcu powieści, mamy głębokie przeświadczenie, że gdzieś tli się  nadzieja, towarzysząca kobiecie, która po prostu żyje dalej. 


Lekka, współczesna, pisana z ogromnym poczuciem humoru i wyrażająca mnóstwo dystansu do siebie głównej bohaterki. Duże litery wydania ułatwiają szybkie czytanie książki o równie wartkiej akcji.
To z pewnością ogromne zalety tej powieści. 
Wadą może być to, że jeśli nie założymy z góry, że czytamy coś  nieambitnego, postać Karoliny może wydać się niektórymi trochę infantylna.
Jednak brak takiego założenia pozwoli nam się odstresować i po prostu, dobrze się bawić. 


Natalia Rogińska jest autorką wychwalanej na blogach "Grubej" - również bloguje. 
O Jej życiu można poczytać tu. :)




Książkę mogłam zrecenzować dzięki uprzejmości
 Wydawnictwa Prószyński i S-ka




czwartek, 7 kwietnia 2011

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Bornholm,Bornholm"

"Wiesz, mamo, a może to jest tak, że to miejsce, ta wyspa, działa na tych, którzy się tu urodzili jak echo. Gdziekolwiek będziesz poza nią, zawsze odbije się echem w twoim sercu i wrócisz, nawet jeślibyś z tym miejscem wiązał najgorsze wspomnienia."    



Bardzo trudno jest przejść obojętnie obok tej książki.
Z okładki, przepełnionej chłodną kolorystyką, niespokojnie patrzy na nas mały chłopiec.
Chłód jest najlepszą zapowiedzią tego, co czeka na nas stronach powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego pt."Bornholm,Bornholm".

Dwaj mężczyźni, dwie historie, wypełnione po brzegi nostalgią i dekadentyzmem.
Kiedy kończyłam tę książkę, czułam się tak przytłoczona smutkiem, wylewającym się z jej stron, że pomimo jej fenomenu, cieszę się, że dobrnęłam do końca.

Pierwszym z nich jest Horst Bartlik-nauczyciel biologii, mąż, ojciec dwójki dzieci.
Niestety, nie umie być szczęśliwy.
Wszystkie jego małe i duże pragnienia są tłamszone przez jego małżonkę, która również zaczyna być oziębła w sprawach seksualnych, co niesamowicie frustruje Horsta.
Zaczyna czuć do własnej żony zwyczajne obrzydzenie i jest coraz bardziej przygnębiony myślami, że jedyne co ich łączy to potomstwo.
To dla nich starają się odgrywać mizerny teatr, ale Horst coraz bardziej nie może znieść tłumienia oznak buntu, poprzez zakrywanie się dziećmi.

Chce uciec, do nowego miejsca, które kojarzyło mu się z dzieciństwem.
Chce choć na chwilę zapomnieć, spotkać się z czymś innym niż oziębłość.
Czyni to i w momencie, kiedy nie może doczekać się następnej możliwości ucieczki, los daje mu nowe wyzwanie - Drugą Wojnę Światową, choć z żoną ma w domu własną, prywatną wojnę.

Drugim bohaterem jest bezimienny mężczyzna, który swojej matce w śpiączce, opowiada całe życie.
Opowiada je, ponieważ wymagania, jakie mu stawiała, od zawsze go przerastały i dopiero teraz może to zrobić.
Był dzieckiem zdominowanym przez matkę, naznaczony jej samotnością.
Objawiała się ona zaborczością o syna i ogromem nadopiekuńczości. 
Jego dorastanie było utrudniane, na wielu polach.
Ciężko było mu stać się mężczyzną, z powodu nadopiekuńczości i braku wzorców.
Dzięki swojej matce, nigdy nie poznał swojego ojca.
Jej osoba, naznaczyła całe jego życie, które z pewnością, nie należało do najłatwiejszych.
Ogrom upadków i nieszczęść, jakie spotkały tego człowieka, jest wprost przerażający.
Nie umiem ukryć tego, że kiedy pojawiły się przyjazne Mu małżeństwo,pomyślałam, jak to dobrze, że autor postanowił w tym jakże ciemnym tunelu umieścić chociaż nieliczne światełka.

Jest w tej książce coś fascynującego. 
Specyficzna surowość, którą w literaturze są w stanie tworzyć tylko mężczyźni.
Przede wszystkim- tragedia ludzi tak dogłębnie poranionych, że pozbawionych możliwości bycia szczęśliwym.
Ich życiowe zmagania to istny poligon.
Wypełniony najgorszymi minami - ludźmi, którzy ich ranią.
A każde zranienie zostawia w nich głęboki ślad, z którym starają się żyć.
Upadają, wstają. I tak bez końca, walka cały czas trwa.



Za możliwość zrecenzowania, uprzejmie dziękuję:


czwartek, 31 marca 2011

Maciej Grabski "Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy"


Kim jest tytułowy ksiądz Rafał?
Czy jest jak jego słynny kolega z Sandomierza czy może bardziej jak doktor House w sutannie?
Te pytania były moimi pierwszymi, kiedy przyszło mi zacząć lekturę książki pt."Ksiądz Rafał.Niespokojne czasy" autorstwa Macieja Grabskiego.
Ku mojemu zdziwieniu, tytułowy bohater nie przypominał mi ani jednej ani drugiej ikony kultury masowej.

Okazał się bowiem indywidualnością,a nie czyimś sobowtórem z innym nazwiskiem.

Księdzu Rafałowi Nowinie przyszło wykonać trudne zadanie, być proboszczem we wsi, kiedy tak jak w tytule, czasy są niespokojne.
Jest to pewnego rodzaju eufemizm na określenie końca lat siedemdziesiątych,ale także na określenie sytuacji,w jakiej znajduje się kaznodzieja.
Umiera życzliwie do niego nastawiony biskup,zostawiając za sobą kilka spraw. 
Nagle,niczym grzyby po deszczu,pojawiają się osoby z kurii, pojawiają się również pieniądze na remont wiekowego kościółka.
Ci pierwsi,nie wszyscy są nastawieni pozytywnie,a z tymi drugimi to zawsze jest problem.
Życie mieszkańców wsi również nie zatrzymało się w czasie, jak to w codzienności, pojawiają się problemy i to ksiądz Rafał jest głównym powiernikiem ich wszystkich historii.

Wydaje mi się,że głównymi zaletami naszego bohatera jest charyzma oraz siła spokoju.
To te dwie cechy sprawiają, że wydaje się być mieszkańcom osobą godną zaufania.
Kiedy mają jakiś problem, zwracają się do niego.
Nie działa to jednak w jedną stronę, bo kiedy proboszcz ma problem w postaci niezrozumienia ze strony kościelnej władzy, oni również wstawiają się za swoim ulubionym duchownym.

Nie jest to bynajmniej ten typ wiejskiego kaznodziei, który swoim mieszkańcom powytyka wszystkie błędy i zajrzy we wszystkie życiowe zakamarki.
Zajrzy na tyle, na ile mu pozwolą, na ile mu zaufają.A mieszkańcy Gródka ufają swojemu proboszczowi bardzo,na co zresztą,ciężko zapracował. 


Wydawać by się mogło, że życie na wsi oznacza sielankę... 
Mieszkańcy Gródka szybko jednak obalili tę powstałą w mojej głowie opinię.
To właśnie ich niezliczone przygody budują fabułę powieści.A przygody bywają różne, od drobnych niuansów towarzyskich aż po problemy dużego kalibru (np. zapicie alkoholem tabletek).
Większość z nich przeżywają wspólnie,co tylko podkreśla charakter zbiorowości, jaką jest wieś. 
Oprócz tego,że każdy wie tu wszystko o swoim sąsiedzie,jest też pomocny, gdy drugi tego potrzebuje. 
Oczywiście,zdarzy się i tak, że panowie z Klubu Rolnika się pokłócą,ale zaraz się pogodzą, bo przecież tak naprawdę ludzi z Gródka nie sposób jest nie lubić. 
Bohaterowie, których poznajemy to zwykli ludzie, ich zalety są tak samo widoczne dla czytelnika jak i wady. 
Zdarzają się także wyróżniające się jednostki jak np. postać pani Hiacynty, starowinki zajmującej się znachorstwem. 

Bije od nich pewnego rodzaju sympatyczna swojskość, prostolinijność.
Choć z początku ciężko było mi dać ponieść się fabule powieści to jednak w miarę upływu stronic,przywiązujemy się do ich historii i osobowości.
W powieści bowiem spotkamy takich ludzi, do których będziemy chcieli wrócić. 
Ostatnie strony uświadomiły mi, że w gruncie rzeczy, jest to dokładnie takie oderwanie od rzeczywistości, jakiego czasami po prostu potrzebujemy. 



Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję:

wtorek, 22 marca 2011

Mario Vargas Llosa, „Wyzywanie.Szczeniaki”



Zbiór opowiadań zeszłorocznego Noblisty, Mario Vargasa Llosa, choć w Polsce wydane w 2011 roku stanowią pierwsze pisarskie kroki Peruwiańczyka.
Biorąc pod uwagę właśnie ten fakt, powinniśmy sięgnąć do biografii autora.
 To tam znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego Llosa postanowił napisać opowiadanie o machismo (określenie pochodzi od hiszpańskiego słowa macho, czyli samiec, oznacza postawę mężczyzn zakorzenioną głównie w krajach latynoskich, podkreślającą znaczenie męskiej dumy, honoru a także przewagę nad kobietami). 
Właśnie z powodu postrzegania mężczyzn przez pryzmat kultu macho, ojciec Mario, nie chciał, aby syn pisał.Wkrótce po napisaniu „Szczeniaków”, ojciec Llosy wysyłał go do szkoły kadetów, aby jego syn, zajął się bardziej „męskimi” aspektami życia.
Jednak jego syn, w tak wczesnym wieku, przejawiał już ogromny talent literacki. Obserwacje dorastających chłopaków, wplątanych w konieczność bycia macho, stały się inspiracją do napisania krótkich form prozatorskich.
Llosa w swoich opowiadaniach czasami umieszcza swoich bohaterów, młodych mężczyzn, na granicy zachowań kompletnie irracjonalnych, co tylko podkreśla absurd schematycznych wartości, jakie są im narzucane.Są, ponieważ owa postawa, jest wszechobecna i głęboko zakorzeniona. Tak dorastają młodzi chłopcy, którzy w przyszłości dadzą dokładnie takie wzorce swoim dzieciom („(…)zaczynaliśmy tyć, siwieć, słabnąć, mieliśmy brzuchy, okulary do czytania, zgagę po jedzeniu i piciu, a na skórze coraz to nowe plamy i zmarszczki.”)
Bohaterowie często ryzykują swoje dobre imię, życie, po to tylko, aby obronić własny honor. Przed kumplami, ale także przed samymi sobą.
Dziewczyny w tych opowiadaniach pełnią dziwne funkcje, z jednej strony, są traktowane przedmiotowo, ale z drugiej są im potrzebne do zdobywania, chwalenia się, a bez tego, nie można być prawdziwym mężczyzną.
Nawet jeśli ma się pieniądze, silną głowę do alkoholu, ambicje i świetny samochód – czego przykładem jest postać Cuellara.Przecież to nie jego wina, że w wyniku wypadku, został wykastrowany i ze strachu przed wyśmianiem, unika kontaktów  z kobietami.
Llosa w swoich opowiadaniach, brutalnie pokazuje prawdę. Nie dokonuje ocen ich postaw, ale pozwala czytelnikowi na własny obraz, trudnego zagadnienia stawania się mężczyzną pod presją.
Czyni to perfekcyjnie, językiem dynamicznym i pełnym ekspresji. Lektura jest szybka, jak to niezwykle trafnie określił jeden z blogerów, jak pierwszy, szybki łyk peruwiańskiej wódki.



Za możliwość zrecenzowania książki uprzejmie dziękuję:


piątek, 25 lutego 2011

"Zew Aslana. Chrześcijańska droga do Narnii" Mark Eddy Smith

Kiedy wyruszamy w podróż, najczęściej zabieramy ze sobą przewodnik.
Jest on nam potrzebny, żeby się nie zgubić i poszerzyć horyzonty naszej wiedzy.
"Piękna Narnii nie zdoła umniejszyć żaden zły czar.
Może i zima jest symbolem zła i niedostatku,
 ale cóż jest piękniejszego
od płatków śniegu?"
Jeśli szukacie przewodnika do krainy, którą kiedyś odkryła urocza dziewczynka na końcu szafy w domu pewnego starego profesora, zapraszam do lektury.

Kiedy czyta się "Opowieści z Narnii" C.S.Lewisa i ma się na karku trochę więcej lat niż powinno, dochodzimy do wniosku, że skądś już tą historię znamy... 
Biblia.
Tę właśnie księgę na wielu polach przypomina bajka napisana dla dzieci.
Świadczy to o geniuszu  powieści, ale tych starszych czytelników, zachęca do głębszej interpretacji, której dokonał Mark Eddy Smith.
Ta niewielka objętościowo książeczka została podzielona tak, aby każdy z jej rozdziałów odpowiadał jednemu tomowi "Opowieści". 
W każdym z nich, znajdziemy interpretacje oraz szczegółowe omówienie zachowań, czynów, sytuacji. 

Książka zrobiła na mnie wrażenie tym, że ... znalazłam w niej wszystko, czego potrzebowałam. Czyta się ją lekko, choć na pierwszy rzut oka wydawała m się lekturą dość ciężką. Prosty, klarowny język autora, wypełniony światem Narnii  sprawia, że lektura tej książki jest w stanie otworzyć nasze oczy na jej głębszy sens.
Autor w bardzo trafny sposób porównuje niektóre zachowania bohaterów do różnych historii zawartych w Biblii, ale czyni to bez specjalnego przesadyzmu.

Ciekawe wydało mi się umieszczenie ostatniej części, nazwanej "Pytania do refleksji i dyskusji", w której, do każdej części, spotykają nas bardzo ciekawe pytania.
Pierwsze co pomyślałam to fakt,że jest to dobra sprawa dla nauczycieli, z uwagi na wprowadzenie "Lwa, Czarownicy i Starej Szafy" do kanonu lektur szkolnych dla gimnazjum.

Warta przeczytania lektura dla wszystkich fanów sagi o Narnii, niewątpliwie stanowi jej głębsze dopełnienie.





Pytanie, które mnie rozczuliło dotyczyło postaci Ryczypiska (ten przystojniak po lewej) - Jak reagujesz na Ryczypiska i na podobnych do niego ludzi?
Rozczuliło mnie, bo właśnie ta postać wydaje mi się najbliższa mojemu sercu. Jego odwaga, oddanie i wierność to te cnoty, których czasami nam, ludziom, brakuje.


"Tutaj Truflogon nachylił się nad wejściem do niewielkiej nory w zielonym zboczu, a kiedy zawołał, wynurzyło się coś, czego się Kaspian najmniej spodziewał:mówiąca mysz.
Była to oczywiście większa niż zwykła mysz;kiedy stanęła na tylnych łapach, mogła mieć sporo ponad trzydzieści centymetrów, a kiedy dodało się uszy, długo jak u królika (ale o wiele szersze), sprawiało to imponujące wrażenie.
Był to Ryczypisk, wesoły i wojowniczo usposobiony jegomość, ze szpadą u bok i z długimi wąsami, które raz po raz podkręcał zawadiacko. 
- Jest tu nas dwunastu, miłościwy panie - oznajmił, kłaniając się szarmancko - i oddaję wszystkie siły mojego ludu do całkowitej dyspozycji waszej królewskiej mości.
Kaspian zrobił wszystko, aby nie wybuchąć śmiechem, ale pomyślał, że Ryczypiska z całym "jego ludem" można by z łatowścią zmieścić w koszu na bieliznę i zanieść na plecach do domu."



Za możliwość zrecenzowania tej książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Esprit. :)

Ilustracje umieszczone w recenzji to oryginalne ilustracje pochodzące z "Opowieści z Narnii" C.S.Lewisa. 


Moje drogie mole książkowe, wypocznijcie w ten weekend, przy książkach lub nie, bawcie się dobrze! :)

niedziela, 20 lutego 2011

Lauren Oliver - "7 razy dziś"

"Przyjaciele to rodzina, którą sami sobie wybieramy" i "Z kim przystajesz, takim się stajesz" - to dwa powiedzenia, które przyszły mi do głowy, kiedy wzięłam się za lekturę "7 razy dziś" autorstwa Lauren Oliver.



Jej główna bohaterka, Sam Kingston wiedzie bardzo proste życie popularnej nastolatki. Przyjaciółki, imprezy, chłopak,zakupy, poniżanie innych...
Pod pewnym względem jest na samym szycie, a pod innym - na samym dnie.
Do momentu wypadku samochodowego, w którym przyjdzie jej zginąć, będzie uważała, że jej życie jest idealne. 
Jak się pewnie domyślacie, otrzyma od losu szansę. A właściwie aż siedem szans na to, aby przeżyć jeszcze raz dzień swojego wypadku.
Samantha jest popularną nastolatką, otoczoną irytująco głupawymi przyjaciółkami, która posiada idealnego chłopaka i wstęp na wszystkie imprezy w swoim mieście. 
Uważa to, jako swoje największe osiągnięcie i jest dumna z tego, kim jest dopóki po wypadku nie uświadomi sobie kim NAPRAWDĘ jest. 
Podobała mi się mała sugestia autorki na temat prowadzenia takiego s tylu życia jako reakcji na brak możliwości spędzania czasu w inny sposób:
"Bo tak naprawdę mamy tu niewiele rozrywek. Można iść na zakupy do centrum handlowego albo na imprezę do znajomych. I tyle.
Nie oszukujmy się, tak jest p r a w i e  w s z  ę d z i e  w tym kraju. Tata zawsze powtarza, że powinni zburzyć Statuę Wolności i w jej miejsce postawić centrum handlowe albo złote logo McDonald'sa.
Twierdzi, że wtedy wszyscy wiedzieliby, czego się spodziewać."
Choć po pierwszych rozdziałach tej powieści spodziewałam się kolejnego nudnego obrazu postmodernistycznej młodzieży amerykańskiej, muszę przyznać, że ten mi się podobał.
Nie jest to banalna powieść dla nastolatków, dlatego, że niektóre jej fragmenty są po prostu wstrząsające -
brutalnie pokazują kompletne zepsucie i bierność młodych ludzi. 
Stopniowa podróż w głąb siebie daje Sam oczyszczenie. 
Pozwala jej spojrzeć na siebie i być zażenowaną swoimi czynami z przeszłości.
Odkryć to, że gdyby zachowywała się inaczej, może byłoby jej dane więcej jak np. uratowanie komuś życia czy wspaniały pocałunek z niesamowitym chłopakiem, którego wcześniej nawet nie zauważała.
Ciekawym aspektem książki było to, że Sam była inna niż jej przyjaciółki.
Ich towarzystwo i czas, jaki z nimi spędziła zmieniły ją i jej postrzeganie świata.
Choć stała się taka jak one, zachowały się w niej jakieś resztki wrażliwości,
które ją wyróżniały.
 Może to właśnie dlatego jej dano taką a nie inną szansę.
Choć nie uważam, że jest to powieść wybitna, nie żałuję, że poświęciłam jej czas. Jest bardzo nietypowa jak na książkę dla nastolatków i jej autorka z pewnością jeszcze się rozwinie.




Pragnę tylko dodać, że książka swoją oficjalną premierę ma 23 lutego, 
a jej recenzję mogłam napisać dzięki uprzejmości wydawnictwa Otwarte, które sprezentowało mi egzemplarz recenzencki. :)