Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2013

Anna Onichimowska "Koniec gry"


"Koniec gry" Anny Onichimowskiej miał być wartym uwagi głosem skierowanym do młodzieży w kwestii homoseksualizmu. W kraju, w którym czołową i powszechnie stosowaną obelgą jest "pedał" nawet posłowie nie bardzo wiedzą jak "to" ugryźć, czego dowodem były żenujące dyskusje, których niestety staliśmy się świadkami. 

Alek, główny bohater powieści jest nastolatkiem z tradycyjnej (tak głosi wydawca) polskiej rodziny. Tradycyjnej, czyli zacofanej i prawdę pisząc, obraża mnie takie standaryzowanie, ale już trudno. W tradycyjnej polskiej rodzinie ojciec w domu chleje piwska i wrzeszczy, matka szwęda się z kochankiem, a brat zajmuje się biciem ludzi z ramienia Młodzieży Wszechpolskiej. Jest jeszcze siostra, ale ona tylko chce studiować weterynarię, a to przecież takie banalne. 
Nastolatek ma szkołę, dziewczynę, jakoś leci. Leci, bo tak naprawdę nie wie, co chce w życiu robić, kim chciałby być. Z czasem przekonuje się, że zdefiniowanie swojej życiowej drogi okazuje się bardziej skomplikowane niż myśli. Zaczyna eksperymentować, dowiadywać się czegoś o sobie. Prawdy niewygodnej dla kilku osób z najbliższego grona, że jest homoseksualistą.

Bardzo ugłaskana jest ta książeczka. Taka idealna, wszystko się cudownie układa, raz nie masz pieniędzy, żeby zaraz mieć pracę u lorda.... A nie daj Boże jakiś seks! Skoro nawet Stephanie Mayer jest w stanie poświęcić mu te pół stroniczki to czemu tu nastolatkowie swój pierwszy raz przeżywają w dwóch zdaniach?
"Koniec gry" jest płaski, nierealny. Zarówno w kwestii fabuły jak i języka, który raz jest pozersko młodzieżowy (nastolatkowie są na coś takiego uczuleni)by za chwilę brzmieć sztywniacko. 
Alek jako postać pozostawał dla mnie w za dużej ilości momentów bez wyrazu, jakby waga przeżywanych emocji była nieproporcjonalna do tego przez co musi przejść.
Nie jest to wiarygodne, chociażby z uwagi na wiek chłopaka, że to trudny okres, hormony szaleją, emocje buzują a on wobec porażek pozostaje momentami jak nieruchoma kukła. Nie wierzę w to.
Cieszy mnie to, że autorka zdecydowała się na promowanie takiego światopoglądu, w którym pokazuje się, jak wygląda nietolerancja z perspektywy kogoś, kto jej doświadcza. Jak ją krzywdzi. Robi to jednak w sposób powierzchowny, niedokładny. 

Niedociągnięcia w treści uwierają jak za małe ubranie. Jest ich tu sporo i w dodatku, to takie oczywiste rzeczy, że odbieram je jako pisarskie niechlujstwo. 
 Autorka cofa się w czasie, galopując aż a bardzo.
 Facebook w Polsce stał się popularny dość późno i wypada bardzo mało wiarygodnie jako komunikator pomiędzy bohaterami. Alek bez problemu (w wieku siedemnastu lat) kupuje alkohol w Wielkiej Brytanii, choć w naszym rodzimym klubie ma problem z wejściem do niego. W idealnym świecie autorki samolot tanich linii lotniczych ląduje na Heathrow, co jest jakimś kiepskim żartem  (tu można to zweryfikować).

Słowem podsumowania, nie wystarczy napisać czegokolwiek o geju, żeby to było dobre. Może to ktoś kupi, ale tylko wtedy, gdy jest to dobre. A "Koniec gry" niestety nie jest, wieje czytelniczą nudą, drętwotą i może być przykładem tego, jak pójść na literacką łatwiznę. Bo przecież to "tylko" dla młodzieży. 


PS. W recenzji zapomniałam wspomnieć, że projekt okładki jest świetny. Minimalistyczny, intrygujący, dobrze dobrany pod względem kolorystyki. 

czwartek, 11 października 2012

"Pandemonium" Lauren Olivier

Miłość jako prawne wykroczenie to motyw, który nie był mi wcześniej znany. 
Lauren Olivier stworzyła dość osobliwą koncepcję uczucia, będącego w świecie "Pandemonium" czymś niedozwolonym i zakazanym. Jej synonimem jest choroba psychiczna. 

Podobał mi się ten zamysł i to, jak działał schemat świata przedstawionego w powieści. Czytałam niektóre fragmenty z zaciekawieniem, bo pomysł, jaki pojawił się w głowie amerykańskiej autorki, bardzo mnie zaintrygował. Niestety, był to jeden z nielicznych aspektów,które przypadły mi do gustu.
Odnoszę wrażenie, że "Pandemonium" jest ogłupiająco schematyczne.
Rozumiem, że literatura młodzieżowa rządzi się własnymi prawami, jest przeznaczona do konkretnej rzeszy odbiorców, ale czułam się za stara, żeby to czytać. Spodziewałam się wciągającej lektury, po której będę chciała więcej, a dostałam powieść, którą owszem, przeczytałam, ale bez wypieków na twarzy i nocy spędzonej z latarką oświetlającą litery.  

Narracja toczy się dwutorowo, Lena opowiada o przeszłości i teraźniejszości. Widzimy różnice, jakie zachodzą w postawie i zachowaniach głównej bohaterki, która pod wpływem wydarzeń związanych z tępieniem miłości, dojrzewa. Klapki z jej oczu opadają, jej horyzonty myślowe stają się szersze. Wątek jej zmian mi się podobał, w ciekawy sposób pokazuje wyłamywanie się ze schematów. Ta dość abstrakcyjna sytuacja może być życiowym drogowskazem, pokazaniem, że nasze postrzeganie świata nie wiąże się z dokonywaniem właściwych wyborów.A wszystko to, gdy ma się jedynie naście lat.Strasznie dorośli stają się ostatnio ci nasolatkowie w książkach, taki schemat nie do końca mi odpowiada.
 Oczywiście, do obrania pewnej ścieżki przyczyniają się bohaterowie, jakich spotka na swojej drodze. Tu z kolei podobała mi się troska, z jaką otaczali siebie wzajemnie ci, którzy mieli odwagę się przeciwstawić władzy. Słabsi chronią się pod skrzydłami silniejszych, nie ma miejsca na rywalizację.

Choć emocje, jakimi jest naładowana ta książka, wydały mi się bardzo silne i negatywne (być może obcowanie w świecie bez miłości nie jest dla mnie) to jednak, nie porwała mnie ona absolutnie. Moja czytelnicza dusza pozostaje obojętna wobec bestselleru, który spodobał się tak wielu osobom, także z polskich blogów książkowych. Trudno się mówi i ... czyta się dalej. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwarte

środa, 29 sierpnia 2012

"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins


Skoro sama królowa bestsellerowych czytadeł dla nastolatek, Stephanie Mayer, wymachuje ze swojego tronu berłem  mówiąc "Czytajcie, bo i ja czytam" to nie pozostaje nic innego jak wziąć do ręki pierwszy tom "Igrzysk śmierci".Lubię wiedzieć, czym zaczytują się miliony ludzi i sprawdzać, czy gusta tłumów są zgodne z moimi. Jak było w tym przypadku?

Od samego początku spodobał mi się klimat tej książki. Dla niewtajemniczonych, wynika on z faktu, że akcja dzieje się w totalitarnym Panem, które organizuje dla swoich obywateli rozrywkę w postaci igrzysk. Każdy z dystryktów państwa musi mieć dwóch reprezentantów. Do walki staje ponad dwadzieścia osób, szczęścia zwycięskiego triumfu oraz ukończenia zawodów ma dostąpić tylko jedna z nich. 

źródło zdjęcia
Główną bohaterką "Igrzysk śmierci" jest Katniss. Mieszkanka ubogiego dystryktu, opiekująca się matką i młodszą siostrą, która początkowo została wybrana do zawodów. Katniss zgłasza się za nią i tym sposobem staje przed ogromnym wyzwaniem, niepierwszym w jej życiu.

Suzanne Collins stworzyła swoją bohaterkę z  niemalże samych zalet. Jest zaradna, odważna, wysportowana. Radzi sobie w  każdej sytuacji, od strzelania z łuku po udawanie przed kamerami.  Mimo wszystko, wydawała mi się odrobinę za mało wyrazista, czego zupełnie nie można powiedzieć o innych płaszczyznach powieści.

Jak chociażby intrygujący motyw poruszony przez Collins, nadający specyficzny ton książce. Mam nam myśli atawistyczny instynkt polowania oraz zabijania. Przed Igrzyskami Katniss musiała robić to, aby jej rodzina mogła przetrwać, jednak w czasie zawodów to uczestnicy zabijają samych siebie, by dać mieszkańcom Panem namiastkę rozrywki. Spełnia ona formę odstraszacza. Ma pokazać, do czego są zdolne władze państwa. Choć to tylko tło dla akcji wydarzeń, jest ono niezwykle silne, motywuje wiele zachowań i wyborów bohaterki.

Pomimo tego, że  "Igrzyska śmierci" niewątpliwie trzymają w napięciu to od pewnego momentu zawodów wydawały mi się dość przewidywalne. To tak, jakby bawić się w samo układające się puzzle.Domyślałam się, jaki będzie przebieg akcji, czekałam tylko na oryginalne pułapki. W tym właśnie momencie Suzanne Collins postanowiła rozbudować wątek domniemanej miłości i był to strzał w dziesiątkę, który powieść niewątpliwie ratuje. 

Źródło zdjęcia
Rozumiem wszystkich tych, którzy od książki nie mogli się oderwać, bo lektura idzie błyskawicznie. Prosty język,wartka akcja, odrobina dreszczyku, czytelnicze emocje robią swoje.Nim się obejrzysz, jest trzecia w nocy. "Igrzyska..." jednak zdziwiły mnie swoją brutalnością. Mam świadomość, że aktualnie pokolenie nastolatków jest inne od mojego, ale pomimo wszystko, pokuszę się o stwierdzenie, że to lektura dla bardziej dojrzałych reprezentantów tej grupy wiekowej.  

Sięgnę po drugą część, bo uwielbiam, kiedy autorzy bawią się z nami w ciuciubabkę, pokazując przez dziurkę od klucza, o czym może być kontynuacja. Intryguje mnie to, czy Collins udźwignie i rozwinie ciekawy wątek państwa totalitarnego, jak potoczą się dalsze losy znanych mi bohaterów. Podobała mi się ta książka, idealnie spełnia funkcje zajmującego uwagę czytadła. 

środa, 25 stycznia 2012

"Biała jak mleko, czerwona jak krew" Alessandro D'Avenia



"Biała jak mleko, czerwona jak krew" i ... długo, długo nic. Bo jak tu odnajdywać odpowiednie słowa, kiedy przeczytało się coś tak poruszającego, inspirującego, a jednocześnie uderzająco prawdziwego? 
Historia szesnastoletniego Leonardo, którą stworzył Alessandro D'Avenia to opowieść pełna zadziwiającej głębi, która w niezwykły sposób nakłania do przemyśleń. Jest ciekawym połączeniem aspektów życia każdego przeciętnego nastolatka, z jednoczesnym uwzględnieniem jego wnętrza.
Bogatego, wrażliwego i (odpowiednio do wieku) poszukującego odpowiedzi na wiele pytań.

Trudno ich nie zadawać, kiedy twoja wielka, pierwsza, "jedyna i najwspanialsza" miłość, umiera na białaczkę.  Jak grom z jasnego nieba pojawiają się wątpliwości co do sensu życia, refleksje na temat istnienia Boga.  W to wszystko jest zaplątana też zupełnie codzienne oblicze chłopca, czyli szkoła. Nawet w tak trudnej sytuacji trzeba do niej chodzić.
Myślę, że niejeden nauczyciel uśmiechnie się pod nosem, kiedy będzie czytał "Biała jak mleko czerwona jak krew". Gdy zrobi to uczeń, prawdopodobnie pomyśli "Może te marudne zgredy nie są takie najgorsze?*" Warto mieć na uwadze fakt, że Alessandro D'Avenia czerpał inspirację ze szkolnych ławek, ponieważ sam jest nauczycielem i m.in. swoim uczniom postanowił zadedykować powieść. 


Niesamowicie podobał mi się zamysł autora, który pokazywał dwie twarze młodzieńczej miłości - jedna była bardzo romantyczna i marzycielska, a druga na wyciągnięcie ręki i pomimo wszystko. 
Choć książka jest skierowana do nastolatków, zaryzykuję stwierdzenie, że nie do wszystkich przedstawicieli tej grupy wiekowej może ona trafić. "Biała jak mleko..." momentami przenosi nas w metafizyczny świat wartości, idei, uczuć. Nie każdy jest na tyle dojrzały, aby tę podróż odbyć.  Powieść może okazać się strzałem w dziesiątkę dla wszystkich tych, którzy nie lubią tracić wiary w młodzież, gdy sięgają po kolejną książkę, w bolesny sposób "spłycającą" nastolatków. 


To głęboka opowieść o potędze uczuć, marzeń, podejmowania decyzji i zdobywania sił. 
Absolutnie mnie zauroczyła, wręcz oderwała od szarej rzeczywistości. 
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czytała tak dobrą książkę dla młodzieży. 
Chylę czoła przed autorem. 





* Kochani nauczyciele, nie obraźcie się! 
Jesteście wspaniali i gdyby nie wielu z Was nie byłabym taką osobą, jaką jestem! :)

wtorek, 3 stycznia 2012

"Niebo jest wszędzie" Jandy Nelson + akcja Blogerzy Książki Piszą

Za kilka dni przyjdzie mi przekroczyć magiczną barierę pomiędzy lat "naście" a "dziesiąt" , więc żeby się pożegnać sięgnęłam po literaturę młodzieżową. W moich rękach wylądowała książka"Niebo jest wszędzie" Jandy Nelson. 
Ta "młodzieżóweczka", pisana lekkim językiem i wydaną dużą czcionką tak mnie zaabsorbowała, że nim się obejrzałam, a cały wieczór był za mną... 


Główna bohaterka książki, siedemnastoletnia Lennie przeżywa żałobę po utracie swojej starszej siostry. Dziewczyny były bardzo ze sobą zżyte, stąd bolesność tej straty. 
Lennie jest zagubiona, pogrążona w swoim smutku i samotności. Podobne uczucia kłębią się w duszy Toby'ego, chłopaka zmarłej Bailey. Wspólny ból sprawia, że nastolatkowie będą ze sobą za blisko.  Sprawa zacznie się jeszcze bardziej komplikować, gdy do szkolnej orkiestry dołączy Joe, przez którego serce dziewczyny zacznie łomotać szybciej... 

Podobała mi się ta książka. Lekkość stylu, jaki posiada Jandy Nelson jest godna pozazdroszczenia. Choć powieść ma generalnie smutny wydźwięk, pisarka dała się poznać jako ktoś ze świetnym poczuciem humoru, umiejący sprawie łączyć wiele aspektów życia, od tych słodkich i pikantnych aż po te najbardziej gorzkie. 
Autorce nie zabrakło także pomysłów (podobno zaczerpniętych z życia) na ciekawe wydarzenia czy trzymające w napięciu opisy, które niewątpliwie urozmaicają fabułę.

 Jedyne, co mi się nie podobało to odrobinę za ekscentryczni opiekunowie Len. Nie wiem, czy w mieście, w którym mieszkała dziewczyna, istnieli jacyś kuratorzy, ale jeśli tak, to powinni się tym zająć - wujek palący jointy to średnia i mało realistyczna opieka dla młodzieży.


To bardzo różnorodna i ciekawa powieść dla nastolatków. Z jednej strony, zwykłe czytadło, ale z drugiej to książka o odnajdywaniu siebie po tym, jak zmieniamy się pod wpływem utraty kogoś bliskiego. Z czystym sumieniem poleciłabym tę książkę każdemu, jest bardzo uniwersalna.



Zapraszam Was do wzięcia udziału w akcji Blogerzy Książki Piszą.
Jeśli zawsze marzyliście o opublikowaniu swojego opowiadania, teraz macie szanse. 

niedziela, 4 grudnia 2011

"Pomiędzy światami" Jessica Warman


Nie mam pojęcia, jaką zasadą kierują się amerykańscy autorzy książek młodzieżowych, wybierając na główne bohaterki poczytnych powieści najbardziej popularne dziewczyny ze szkoły, ze stereotypowymi jasnymi włosami i całą tą otoczką "szkolnej elity". Nawet nie zdążyłam za bardzo zezłościć się na to odgrzewanie kotleta, bo powieść tak mnie wciągnęła, że nim się obejrzałam, miałam za sobą jej dwieście stron i byłam niesamowicie zaintrygowana co będzie działo się dalej. 

Jessica Warman, autorka "Pomiędzy światami" właśnie z takiej sztampowej postaci uczyniła swoją główną bohaterkę.  Elizabeth Valchar wiedzie życie, na które patrzy z zazdrością mnóstwo jej koleżanek i kolegów. Do momentu w którym, nie zostanie znaleziona martwa, w dniu swoich osiemnastych urodzin, wyprawianych z paczką "idealnych" przyjaciół na łodzi noszącej jej imię.

Całą tę sytuację odkrywa, gdy jest już po drugiej stronie. Zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią, ma możliwość obserwowania rzeczywistości i wracania do swoich wspomnień, których nie pamięta. Odkrywa zdradę, kłamstwa, ale także ogromną miłość do swojego chłopaka. Z czasem, pojmie też potęgę przebaczenia.
Jednak zanim będzie to wszystko w stanie poczuć, zmierzy się sama ze sobą. Z tą Liz, jaką była - dobrą dziewczyną, ale zupełnie zagubioną.

Podobała mi się ta książka. Cieszę się, że postać Elizabeth nie była aż tak bardzo płytka, autorka pokazała nam, że ona wcale nie jest ani czarna ani biała. Niesamowicie wciągający jest mechanizm cofania się do przeszłości dziewczyny, uwielbiam w literaturze tajemnicze układanki, które z czasem zaczynają stanowić jedną, spójną całość. 
Niektóre z osób, które były obecne w powieści jako bohaterowie drugoplanowi, wzbudziły moje współczucie. Nie zmienia to jednak faktu, że były dobrze nakreślone, bardzo przypadł mi do gustu portret ojca dziewczyny.
"Pomiędzy światami" zostało napisane lekkim, zrozumiałym językiem. W moim odczuciu dopasowanie odbiorcy do literatury jest idealne, to mądra książka dla nastolatków, która w ciekawy sposób porusza temat czegoś więcej niż tylko beztroskiego, niedocenianego, życia na ziemi.




Za możliwość zrecenzowania dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka


-----------------------------------------------------------------------------------------

Zdjęcie mojego autorstwa bierze udział w konkursie Wydawnictwa Znak, na którym bardzo mi zależy. W ostatnich dniach udało mi się zdobyć sporo głosów, które przybliżają mnie do wygranej. Byłabym bardzo wdzięczna za pomoc w osiągnięciu tego celu. 

Z góry dziękuję za wszelkie oddane głosy i podawanie tego linka dalej! :)))


czwartek, 1 września 2011

Ann Brashares, "Sisterhood everlasting", czyli wielka bura dla polskich wydawnictw

Fenomen sagi książek "Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów" to niewątpliwie jeden z najpopularniejszych młodzieżowych trendów nastolatków mojego pokolenia. Jakieś sześć lat temu dałam się całkowicie pochłonąć wspaniałej historii przyjaźni, namówiłam do tych książek pół rodziny (ze starszym bratem włącznie!) i mnóstwo dalszych oraz bliższych znajomych.
 Na mojej półce filmowej gości także ekranizacja książki, ponieważ uważam, że jest to ciekawy, ciepły film dla młodzieży. 
Absolutnie obowiązkowy do obejrzenia dla wszystkich fanów "Plotkary", ponieważ Blake Lively dzięki niemu mogła zabłysnąć i pokazać jak bardzo jest urodziwa i zdolna.


Przeżyłam naprawdę ogromny szok, kiedy dowiedziałam się, że autorka, postanowiła napisać kontynuację przygód przyjaciółek, o której nie było mi nic wiadomo. Ucieszyłam się niesamowicie, bo powrót do Leny, Bee, Tibby i Carmen to jak powrót do dawnej przyjaźni po latach, od razu chciałam tę książkę zdobyć.
O planach wydawniczych jej w Polsce, ani widu ani słychu, pomimo naprawdę sporej popularności całej sagi. Książka, nawet w języku angielskim jest nie do zdobycia, a ja po prostu musiałam ją jak najszybciej przeczytać... 
I tym oto sposobem na moim komputerze pojawił się pierwszy w historii ebook, na którego rzuciłam się niczym wygłodniała zwierzyna. Dawno żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego entuzjazmu jak ta właśnie! Może i jestem sentymentalna aż do bólu, ale radość była ogromna! :)

Szkoda, że żadne wydawnictwo nie przygarnęło pod swoje skrzydła tej powieści. Książki Ann Brashares były głównie wydane w wydawnictwie Egmont, które w swoich zapowiedziach nie ma żadnej, nawet najmniejszej wzmianki, o planowanym wprowadzeniu na rynek tego smakowitego kąska dla wszystkich fanów. Wielka szkoda. 


Dżinsy = Miłość. Tak brzmiała jedna z podstawowych reguł Stowarzyszenia, które jako piętnastolatki założyły cztery dziewczyny. 
Carmen, Lena, Tibby i Bridget są przyjaciółkami od zawsze. 
Myślę, że odpowiedź, na pytanie, czy udało im się przetrwać tę próbę czasu, będzie bardzo niejednoznaczna. 
Kiedy powracamy do nich po latach, każda z dziewczyn dobiega trzydziestki. 
Są kobietami, kroczącymi różnymi ścieżkami zawodowymi (ze zniewalającymi i miernymi efektami), podejmującymi naprawdę różnorodne decyzje, związanymi z miejscami zamieszkania czy wybrankiem serca. Niektóre z tych decyzji przyjmujemy ze zdziwieniem bądź entuzjazmem, inne wydają się irracjonalne. 


Bardzo bałam się tego, że którymś miejscu ta książka będzie trąciła zapachem tzw. odgrzewanego kotleta literackiego. I nawet moje sentymenty związane z bohaterkami, nie są w stanie tego przyćmić, irytuje mnie np. to, że dana bohaterka zachowuje się dokładnie tak samo, gdy miała lat naście. Mimo upływu czasu, w moim odbiorze, one są nadal bardziej dziewczynami niż kobietami, jakby autorka nie mogła poradzić sobie z  przeprowadzeniem większej transformacji poza zmianami związanymi z zawodem czy sytuacją rodzinną. Kochałam te książki kiedy miałam lat naście, ja dorosłam, członkinie stowarzyszenia nie do końca...


Jednak, pomimo tej ogromnej wady, jedno zdecydowanie się nie zmieniło - styl pisania Ann Brashares. Bardzo charakterystyczny, wzruszający, obnażający najbardziej ukryte sekrety kobiecych dusz. Nie wiem, jak Ona to robi, że za każdym razem, gdy uśmierca jakiegoś bohatera, ja muszę wyciągnąć kolejną chusteczkę, a kiedy dzieje się coś pozytywnego, cieszę się razem z nimi. To niewątpliwie wielka umiejętność pisarska, która i w tej książce jest obecna. Warto ją docenić, bo niewielu pisarzy potrafi poruszać nastoletnie serca tak bardzo jak potrafi to Ann Brashares. Życzę wszystkim autorom literatury młodzieżowej, aby posiadali tej dar i umiejętnie go wykorzystywali.


Bardzo podobało mi się jak w poprzednich częściach autorka radziła sobie z tematyką śmierci. 
Tu ten motyw ciągnie się przez całą fabułę książki i choć początkowo wydawał mi się za bardzo "naciągnięty" z czasem zostałam do niego przekonana. 
Bardzo ciężko jest mi ocenić tę książkę. Chyba nie jestem do końca obiektywna, bo... brakowało mi tych bohaterek. Wyjątkowego ciepła, z jakim opisuje je Ann Brashares, ich przygód. 
 Książka miała swoje niedociągnięcia, ale pomimo tych uchybień, bardzo mi się podobała.
Poruszyła... jak każda poprzednia powieść z tej sagi. Jeszcze na długo w mojej głowie zostanie kilka fraz, które padły w fabule tej książki. 
 Jedno jest pewne, to obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów "Stowarzyszenia Wędrujących Dżinsów". Mam nadzieję, że niedługo będzie można ją w Polsce kupić, wielką szkodą byłoby, gdyby nie została wydana w naszym ojczystym języku. 







poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Czar debiutu - Michał Bednarczyk - "Być jak te dwa drzewa"


Kiedy pierwszy raz wzięłam tę szczuplutką książeczkę do ręki od razu zwróciłam uwagę na... wiek autora. Michał Bednarczyk, który napisał "Być jak te dwa drzewa" , urodził się 1990 roku. 
Swój debiut poświęcił tematyce młodzieńczej, nastoletniej miłości. 
Głównym bohaterem jest Robert, wrażliwy i inteligentny samotnik.
Choć jego sytuacja rodzinna nie zależy do najprostszych, nikt o tym nie wie. Nawet jego najlepszy i jedyny przyjaciel, Adam. 
Jednak gdy na swojej drodze życiowej spotyka Alicję, wszystko ulegnie zmianie. To jej opowie siebie, ujawni wszystkie skrywane tajemnice. Pokocha ją tak, jak nigdy nikogo nie kochał. 

Choć pewnie pomyślicie sobie, że ta książka to bardzo ckliwe romansidło, ja jednak jestem odmiennego zdania. Faktycznie, podejmuje tematykę miłości wręcz utopijnej, ale czy jest coś w tym złego? Patrząc na to, jak dużo młodych ludzi ma problem z docenieniem uczuć drugiej osoby, jestem w stanie zrozumieć jej główne przesłanie, które jest skierowane do konkretnego odbiorcy.
Zwraca uwagę na ideę, jaką jest miłość. 
Myślę, że czar tej książki polega także na jej długości - to nie jest wydłużona, nudna opowieść.
Choć zawiera sporo treści, jest krótka i zwięzła. Nie powala na kolana, ale motywuje do przemyśleń. Choć jej zakończenie było dla mnie nad wyraz nierealne, to pomimo wszystko, doceniam tę książkę. 


Widać, że ten debiut to coś przemyślanego. Polecam, w szczególności wszystkim tym, których wiek kończy się na "naście" , bo pomimo tego, że wrażliwość aktualnie nie jest już modna, zapotrzebowanie na tego typu tematykę jest i to ogromne. Wystarczy tylko spojrzeć, w jakiej ilości egzemplarzy rozeszła się "Jesienna miłość" Nicholasa Sparksa, takiej samej życzę Michałowi. 




Za możliwość zrecenzowania książki uprzejmie dziękuję:



niedziela, 24 lipca 2011

Barbara Ciwoniuk - "Ten gruby"

Rzadko sięgam po literaturę młodzieżową, bo rzadko udaje mi się trafić na coś, co jest w stanie mnie zainteresować. Zwolenniczką literatury młodzieżowej jestem ogromną. 
Z jedną drobnym zastrzeżeniem - jestem zwolenniczką książek, które są wartościowe. 
Do nich zaliczam książkę "Ten gruby" autorstwa pani Barbary Ciwoniuk.


W dzisiejszych czasach coraz więcej nastolatków boryka się z nadwagą czy otyłością.
Jednak wśród półek na księgarniach, próżno szukać książek traktujących o tak realnym problemie, który dotyka tę grupę społeczną.
Prędzej znajdziemy opowieści o wilkołakach czy wampirach niż powieść o chłopcu z nadwagą i losach niepełnosprawnej nastolatki.

Jacek to chłopak z problemami. Właśnie zostaje dotkliwe pobity przez kolegów ze szkoły, zamknął się w swoim pokoju i jest, jak to się mówi, w dołku psychicznym.
Choć wszyscy starają mu się pomóc, tak naprawdę jedyną słuszną decyzją do podjęcia jest taka podjęta tylko i wyłącznie przez niego. Świadomie i dojrzale.
Podejmuje ją - zmienia po raz kolejny szkołę, ale tym razem przeprowadza się na wieś, do swojej ciotki. Chce zmienić siebie, trochę się usamodzielnić i schudnąć.

Równocześnie poznajemy koleżankę Jacka, Adriannę, która również przeżywa ciężkie chwile.
Od kilku lat nie wychodzi z domu,jest samotną nastolatką przykutą do wózka i...poniekąd do życia swojej mamy, ponieważ sama nie posiada swojego.

Aby dowiedzieć się o tym, jak kończą się losy tych bohaterów, warto choć na chwilę oderwać się od innych książek literatury młodzieżowej i sięgnąć po tę lekturę. Wartościową, prawdziwą i realną.
Pisanie o tej książce to naprawdę czysta przyjemność, bo ma tyle plusów, że jest godna polecenia każdemu czytelnikowi. 
Ciekawe jest to, że autorka książki postanowiła nakreślić portret problemów nastolatków. Takich, o których zazwyczaj się po prostu nie wspomina. Co więcej, uczyniła to w tak ciekawy sposób, że książkę się po prostu dobrze i błyskawicznie czyta. Jest dopracowana,  bohaterowie drugo i trzecioplanowi są niezwykle wyraziści, realni. 
  Jestem nią zachwycona i wiem, że będę chciała przeczytać więcej książek tej autorki, bo z całą pewnością jest to pisarka unikatowa, która porusza nastoletnie tematy tabu i kwestie, które niestety nadal  są wstydliwymi.