Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2013

Kaui Hart Hemmings "Spadkobiercy"


Matt King, główny bohater "Spadkobierców" ma wszystko to, za co przeciętny śmiertelnik dałby się pokroić żywcem. Góry pieniędzy, rodzinę i sielski krajobraz Hawajów oglądany z okna luksusowego domu. Punktem wyjścia dla Kaui Hart Hemmings okazało się "ale", które stoi za każdym z tych bajecznych aspektów. Matt znajduje się na życiowym zakręcie. Jego piękna żona leży w śpiączce, on opiekuje się swoimi dorastającymi córkami, za którymi nie bardzo potrafi nadążyć. Całości dopełnia wątek spadku, bo decyzja podjęta przez Matta wpłynie na miejsce zamieszkane przez jego przodków.

"Spadkobiercy" to książka, która wciągnęła mnie od pierwszych stron. Jest do bólu prawdziwa i podejrzewam, że niejeden mężczyzna odnalazłby samego siebie w przemyśleniach zagubionego Matta. Przeżywa ten horror bardzo "po męsku" To narracja cichego dramatu rozrywającego serce bohatera. Może nie lamentuje on godzinami i nie tłucze talerzy z bezsilności, ale próbuje tę układankę zwaną życiem poskładać na swój własny sposób. 
 Książkę oceniam jako bardzo udany debiut wart zauważenia, czego nie omieszkali uczynić producenci z Hollywood. Trudno się im dziwić, nie mogę się doczekać obejrzenia wizualizacji tej historii.Wiele aspektów tej książki skradło moje serce. Autorka przemyciła w dialogach bardzo dużo poczucia humoru, które momentami ocierało się o groteskę. Nastolatkowie bywają upiorni, ale zdarza się im także doprowadzać swoich rodziców do niezwykle zabawnych przemyśleń. Kaui Hart Hemmings dała także upust swojemu lokalnemu patriotyzmowi, bo dzięki lekturze możemy dowiedzieć się czegoś więcej o historii najmłodszego stanu USA. Obawiałam się, że powieść będzie jednym wielkim opisem rozpaczy, ale to raczej relacja z trudnej, wewnętrznej podróży. 
W recenzjach zarzuca się autorce brak wyrazistości Matta w porownaniu chociażby do jego córek czy niedoszłego zięcia, ale do mnie stoicki spokój pasował do bohatera. Ludzie różnie przeżywają problemy, są i tacy, którzy robią to w ciszy.
Oceniam debiut pisarki jako bardzo udany i wart poświęcenia mu uwagi, czego nie omieszkali uczynić producenci z Hollywood. Nie mogę się doczekać obejrzenia wizualizacji tej niezwykle ciekawej historii. 

środa, 10 października 2012

Irene Sabatini "Chłopiec z sąsiedztwa"

Nie sposób przejść obojętnie obok powieści, w której dzieje się tak wiele. Irene Sabatini w „Chłopcu z sąsiedztwa” połączyła kilka różnych płaszczyzn,które uczyniły z lektury niezwykle emocjonującą wędrówkę przez nieznaną mi kulturę oraz historię.
Wątek miłosny dodawał momentami pikanterii,która z czasem została zmieniona w łagodność towarzyszącą macierzyństwu.

Główna bohaterka,którą poznajemy jako nastoletniego podlotka, podkochuje się w tytułowym chłopaku z sąsiedztwa. Bynajmniej, uroku w mniemaniu opinii publicznej Zimbabwe nie dodaje mu fakt,że spalił własną matkę.Ludzie i tak wiedzą swoje,więc pomimo uniewinnienia, wyrok zapadł na długie lata, naznaczając Iana.
Dla Lindiwe, jest on w pewien sposób zakazany, a co za tym idzie, bardziej intrygujący.Okaże się nie tylko młodzieńczą fascynacją,ale towarzyszem,który przebrnie z nią przez niejeden życiowy meander.
Odniosłam wrażenie, że autorka w wielu momentach bawi się z czytelnikiem.
Pokazuje jakąś historię, żeby zaraz odwrócić medal i ukazać jego drugą,odmienną stronę.Wzbudziło to we mnie ogromną ciekawość,po kilku takich literackich chwytach, nie mogłam się doczekać jaka intryga okaże się następną.

Pomysłów w tej kwestii jej nie zabrakło,podobnie jak dobrego warsztatu.Napisana prostym, ale ciekawym językiem,zdobyła moją uwagę już od pierwszych stron.Zaangażowanie polityczne, w jakie poniekąd uwikłani są obywatele państwa,które właśnie zmienia bieg swojej historii było niezwykle wyrazistym tłem dla wątków obyczajowych. Każda miłość wydawałaby się bardziej namiętna gdy nie wiesz,co spotka twoich najbliższych.Lindiwe była postacią początkowo dość mało wyrazistą, ale na kartach powieści zamieniła się w kobietę, która swoją postawą potrafi być dorodnym kamieniem,tworzącym rodzinę silną jak mur,nie do pokonania.Choć życie w takich warunkach nie było łatwe to odnalazłam w powieści wątki, w których niczym małe światełko,tliła się nadzieja.Dla następnego pokolenia, które będzie posiadało więcej i którego los będzie wyglądał zgoła odmiennie.

Wiążę duże nadzieję z tą autorką, bo wyrazistość „Chłopca z sąsiedztwa” z pewnością zapadnie mi w pamięć.Wątki polityczno-wojenne przypominały w książce tykającą bombę zegarową, która w każdej chwili może wybuchnąć.Bardzo podoba mi się zaangażowanie, jakie wyczuwa się w powieści.Opowiem wam moją historię, historię mojego kraju.I Irene Sabatini opowiada, opowiada, a ja czytam z zapartym tchem… Mam nadzieję,że pierwszy, ale nieostatni raz. 
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Świat Książki



Przerwa w prowadzeniu bloga była spowodowana brakiem internetu. Od 27 września jestem we Wrocławiu i dopiero od godziny mam internet! Skandaliczne. Już Was nie będę zaniedbywać, obiecuję :) Pozdrawiam ciepło


sobota, 18 sierpnia 2012

Justyna Karolak "Tropiąc wilka"

Kiedy "Tropiąc jednego wilka" wylądowało w moich rękach pomyślałam sobie, że ktoś zrobił tej książce krzywdę. W życiu nie kupiłabym czegoś, co ma tak paskudną szatę graficzną. Okładka wygląda jak efekt końcowy nauki obsługi programów graficznych w klasach szkół podstawowych, a zdjęcie autorki jest zupełnie przepalone. 
Zabrakło zmysłu estetycznego i profesjonalizmu, całość wygląda amatorsko.
Główną bohaterką "Tropiąc jednego wilka" jest dziewczyna, którą najłatwiej określić jako osobę pogubioną. Mrówki w mieszkaniu jej przyjaciółki (co wydawało mi się zupełnie idiotyczne) sprowadzają ją do refleksji na temat przeszłości. Obiecywany na tyle okładki "bilans życia", okazuje się mdłą historią od faceta do faceta. Reasumując: nie zrobiła niczego oprócz przyciągania życiowych popaprańców, od wyimaginowanych istot aż po świrów. Pozostając przy tym bezosobową, niemal pozbawioną głosu, osobą, która na większość dziwnych sytuacji w swoim życiu, nawet nie kiwnie palcem. Przez to właśnie wydawała mi się plastikowa,  a na czterysta stron był tylko jeden wątek, który przypadł mi do gustu. Jej pseudointelektualne rozważania, rozciągnięte na maksimum możliwości, były tak nudne, że podziwiam siebie za dobrnięcie do ich końca. 

Zakończenie powieści miało mnie zaskoczyć. Niestety, nie sprawdziło się to, ponieważ byłam tak wynudzona i podirytowana osobowością bohaterki i jej rozwleczonymi, dennymi przemyśleniami, że nic nie zrobiło na mnie wrażenia. Nawet tak spektakularne odkrycie o kolejnej imaginacji. Chciałam po prostu, żeby ten koszmar jak najszybciej dobiegł końca. 

Wyjątkowo obraża mnie zdanie, że ta książka to "oryginalna próba opisania kobiecej natury". Jeżeli ma wyglądać światopogląd i zachowanie kobiet, to serdecznie współczuję wzorców.Nie podobał mi się ani pomysł na powieść ani jego wykonanie. Muszę szybko odreagować tę książkę i o niej zapomnieć, czuję niesmak. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Replika

niedziela, 25 marca 2012

"Motyl" Lisa Genova


Po przeczytaniu książki "Motyl" Lisy Genovy, gdzieś w moim mózgu pojawiła się Świadomość. 
Świadomość ta dotyczy choroby Alzheimera, ogromnych zniszczeń jakie wywołuje i tego, jakie są jej najwcześniejsze objawy. Bo choć wcześniej, oczywiście, miałam mniejsze lub większe pojęcie, to ta choroba, "ubrana" w ludzką historię przeraża. Wzrusza i dotyka. 

Alice jest pracownikiem naukowym nie byle jakiej uczelni, bo samego Harvardu. Od lat prowadzi zajęcia ze studentami, jest pasjonatką pochłoniętą badaniami nad dziedziną naukową, którą się zajmuje. Powoli dobiega do pięćdziesiątki, ma kochającego męża i dorosłe dzieci. 
Poznajemy ją zanim jeszcze jest świadoma swojej choroby, obserwujemy pojawiania się pierwszych syndromów. Kiedy stają się one coraz silniejsze i coraz bardziej uciążliwe, postanawia zasięgnąć opinii lekarza, która okaże się dla niej i jej najbliższych wyrokiem i ogromnym sprawdzianem z miłości.

Bo czy da się kochać człowieka, który nie pamięta, że ma córkę i jak ma na imię? 
Szalenie podobało mi się to, że Lisa Genova swoich bohaterów nie przedstawia jako idealnych ludzi. Pokazuje, że oni też nie zawsze w obliczu takiej tragedii mieli cierpliwość. Sprawiło to, że byli bardziej realni, a mniej plastikowi. Cieszy mnie to, bo bałam się, że ta książka będzie sielankowym pitu-pitu o wielkiej miłości. Owszem, dotyczy tego, ale bardziej skupiała się na bardziej prozaicznych i codziennych sytuacjach walki z własnymi słabościami. 

Język, jakim posługuje się autorka jest bardzo prosty. Dla mnie momentami był aż za bardzo prosty, dlatego z ciekawością zerknęłam na jej wykształcenie i pomyślałam sobie "czuć tu naukę, brakuje artyzmu". Dla jednego czytelnika będzie to minusem a dla drugiego ogromnym plusem. Asceza komunikatu, jaki wysyła w stronę swoich odbiorców sprawia, że jest on lepiej odbierany. W moim odczuciu "Motyl" to książka, którą można interpretować na wiele sposobów. Przypomniała o docenieniu zdrowia, jednak dla osób, które mają w rodzinie chorującego na Alzheimera powieść może być jak kolorowy motyl, który przyfrunie na nasze ramię, żeby w optymistyczny sposób zakomunikować: nie cierpicie sami. 


Jestem przekonana, że to książka uniwersalna, która jest w stanie poruszyć i uświadomić wiele osób. Choć zdobyła już prawie wszystko (pół roku na liście bestsellerów New York Timesa) to mam nadzieję, że zadomowi się też w za oceanem, w Polsce. Warto po nią sięgnąć. 

środa, 25 stycznia 2012

"Biała jak mleko, czerwona jak krew" Alessandro D'Avenia



"Biała jak mleko, czerwona jak krew" i ... długo, długo nic. Bo jak tu odnajdywać odpowiednie słowa, kiedy przeczytało się coś tak poruszającego, inspirującego, a jednocześnie uderzająco prawdziwego? 
Historia szesnastoletniego Leonardo, którą stworzył Alessandro D'Avenia to opowieść pełna zadziwiającej głębi, która w niezwykły sposób nakłania do przemyśleń. Jest ciekawym połączeniem aspektów życia każdego przeciętnego nastolatka, z jednoczesnym uwzględnieniem jego wnętrza.
Bogatego, wrażliwego i (odpowiednio do wieku) poszukującego odpowiedzi na wiele pytań.

Trudno ich nie zadawać, kiedy twoja wielka, pierwsza, "jedyna i najwspanialsza" miłość, umiera na białaczkę.  Jak grom z jasnego nieba pojawiają się wątpliwości co do sensu życia, refleksje na temat istnienia Boga.  W to wszystko jest zaplątana też zupełnie codzienne oblicze chłopca, czyli szkoła. Nawet w tak trudnej sytuacji trzeba do niej chodzić.
Myślę, że niejeden nauczyciel uśmiechnie się pod nosem, kiedy będzie czytał "Biała jak mleko czerwona jak krew". Gdy zrobi to uczeń, prawdopodobnie pomyśli "Może te marudne zgredy nie są takie najgorsze?*" Warto mieć na uwadze fakt, że Alessandro D'Avenia czerpał inspirację ze szkolnych ławek, ponieważ sam jest nauczycielem i m.in. swoim uczniom postanowił zadedykować powieść. 


Niesamowicie podobał mi się zamysł autora, który pokazywał dwie twarze młodzieńczej miłości - jedna była bardzo romantyczna i marzycielska, a druga na wyciągnięcie ręki i pomimo wszystko. 
Choć książka jest skierowana do nastolatków, zaryzykuję stwierdzenie, że nie do wszystkich przedstawicieli tej grupy wiekowej może ona trafić. "Biała jak mleko..." momentami przenosi nas w metafizyczny świat wartości, idei, uczuć. Nie każdy jest na tyle dojrzały, aby tę podróż odbyć.  Powieść może okazać się strzałem w dziesiątkę dla wszystkich tych, którzy nie lubią tracić wiary w młodzież, gdy sięgają po kolejną książkę, w bolesny sposób "spłycającą" nastolatków. 


To głęboka opowieść o potędze uczuć, marzeń, podejmowania decyzji i zdobywania sił. 
Absolutnie mnie zauroczyła, wręcz oderwała od szarej rzeczywistości. 
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czytała tak dobrą książkę dla młodzieży. 
Chylę czoła przed autorem. 





* Kochani nauczyciele, nie obraźcie się! 
Jesteście wspaniali i gdyby nie wielu z Was nie byłabym taką osobą, jaką jestem! :)

środa, 21 grudnia 2011

"Służące" Kathryn Stockett


Za wielkimi rewolucjami najczęściej kryje się ludzkie cierpienie. 
  Cierpienie bohaterek powieści "Służące" autorstwa Kathryn Stockett to lata upokorzeń, przymykania uszu, praca nad własną samokontrolą i pokorą. 
Spędzone w kuchni lub z obcymi dziećmi, które kocha się i wychowuje jak własne.
Wieczny strach o posadę, osądy innych, życie w ubóstwie. 
W białym stroju, którego barwa jest absolutnym kontrastem dla koloru skóry Abileen i Minny, bohaterek powieści. Wszystko to dzieje się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w prowincjonalnym miasteczku na terenie stanu Missisipi. 

Obydwie prowadzą narrację w książce, lecz towarzyszy im także Skeeter. Dziewczyna z dobrego domu, którą poznajemy jako dziennikarkę z ambicjami. 
Myśli o kobiecie, która zajmowała się nią w dzieciństwie oraz  konflikt na temat oddzielnych toalet dla służby, sprowadzają ją do obserwacji "kolorowych" i murów, jakie zostały wybudowane przez nację białych. 
Choć nie ruszy szturmem na barykady, zrobi coś więcej. Weźmie maszynę do pisania i w bardzo ryzykowny sposób spróbuje dokonać portretu służących i ich różnych historii.


Nie sposób się zachwycić wszystkimi osobami, które dzięki lekturze "Służących" mogłam poznać. Czytając tę powieść, odczuwamy prawdziwy wachlarz emocji, bo opowieść, którą przekazuje nam autorka jest bardzo różnorodna. Niesamowicie podobała mi się taka "cicha odwaga", jaka drzemała w Skeeter, gdy zdecydowała się na pisanie o swoich, zepsutych niemalże do szpiku kości, przyjaciółkach. Trzeba mieć ogromną siłę, aby umieć dokonywać wyborów w takich sytuacjach, gdy wybiera się pomiędzy własną reputacją a uczciwością.
Choć język "kolorowych" pozostawia sobie wiele do życzenia ("tera", "tu pisze", "uszów" i inne takie) to w zachowaniach tych kobiet, można odkryć naprawdę wiele życiowych mądrości. 
Ich proste filozofie i bagaż życiowego doświadczenia to element, który pobudza czytelnika do refleksji.

Debiut Kathryn Stockett to wysoko postawiona poprzeczka, ponieważ powieść liczy sobie prawie sześćset stron, a ja nie przypominam sobie, abym w jakimkolwiek jej momencie się nudziła. Natomiast nie zapomnę, jak jakoś mimowolnie, łezka zakręciła się w oku przy zakończeniu książki...  Jest po prostu fenomenalna. 


A już dwunastego stycznia będę mogła ten film obejrzeć w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego, działającego w bydgoskim Pałacu Młodzieży. Wstęp dla studentów - jedyne pięć złotych ;) Nie mogę się doczekać!
-------------------------------------------------------------------------------
Zdjęcie mojego autorstwa bierze udział w konkursie Wydawnictwa Znak, na którym bardzo mi zależy. W ostatnich dniach udało mi się zdobyć sporo głosów, które przybliżają mnie do wygranej. Byłabym bardzo wdzięczna za pomoc w osiągnięciu tego celu. 
Z góry dziękuję za wszelkie oddane głosy i podawanie tego linka dalej! :)))






czwartek, 8 grudnia 2011

Melisa Kuźniar "Morfina"


Szczupła książeczka, licząca sobie siedemdziesiąt stron to debiut literacki Melisy Kuźniar.
Jest monologiem, płynącym z nastoletniej duszy żyjącej emocjami. 
Jest ich tak wiele, że przypominały mi one balon napełniony wodą, z małym ujściem i emocjami wydobywającymi się pod ogromnym ciśnieniem. 
Być może dobrze, że jest ona tak krótka, bowiem emocjonalność w tej książce jest tak bardzo wyraziście zarysowana, że większa ilość stron mogłaby się okazać męcząca. Prawdziwe potoki mocnych, ciężkich słów i stwierdzeń.
Autorka używa współczesnego, potocznego języka, który jest przeplatany różnego rodzaju nawiązaniami literackimi. 

Jestem zdziwiona faktem, że udało mi się te książkę przeczytać, bo bardzo stronię od książek pisanych w takim stylu. Jednak dobrnęłam do końca i doszłam do wniosku, że efekt takiej stylizacji był zastosowany z jakiegoś konkretnego powodu. Wydaje mi się, że udanie, chociaż nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że nie jest to książka dla wszystkich. 

Mam ogromne problemy z ocenieniem tej książki, bo nie mogę o niej powiedzieć "lubię ją". Doceniam, może nawet po części rozumiem, ale niewątpliwie jest to bardzo mocny obraz tego, co dzieje się w ludzkiej głowie. Bardzo oryginalny, wręcz egzotyczny przykład twórczości młodej osoby. "Morfina" intryguje i ciekawi, pozostaje tylko czekać, jak  literackie losy autorki potoczą się dalej. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce
-------------------------------------------------------------------------------------------
Zdjęcie mojego autorstwa bierze udział w konkursie Wydawnictwa Znak, na którym bardzo mi zależy. W ostatnich dniach udało mi się zdobyć sporo głosów, które przybliżają mnie do wygranej. Byłabym bardzo wdzięczna za pomoc w osiągnięciu tego celu. 

Z góry dziękuję za wszelkie oddane głosy i podawanie tego linka dalej! :)))

czwartek, 29 września 2011

"Matki, żony, czarownice" Joanna Miszczuk


W bardzo zamierzchłych czasach, czarownice podobno były rude. 
Joanna Miszczuk (również posiadaczka ogniście czerwonej fryzury) postanowiła odwołać się do tego mitu i stworzyć opowieść o  rudowłosych kobietach,powiązanych więzami rodzinnymi.
Ich historie były naznaczane przez wiele czynników, wojny, ubóstwa, ale ich zachowania przede wszystkim determinowała miłość.
Choć Maria, Krystyna i Asia, urodziły się w zupełnie różnych czasach, nigdy nie zapomniały o drobiażdżku noszonym na palcu, diamentowym pierścionku, który był jednocześnie biżuterią z historią i symbolem, mającym przypominać o postawie miłości.
Oprócz rudych włosów z pokolenia na pokolenie, przechodziły pewne charakterystyczne cechy jak upór, determinacja, ambicja czy lojalność.

Muszę się przyznać, że zawiodła mnie ta książka. Liczyłam na historie, która wręcz porwą moje serce, ociepli duszę, a z początku czułam przeważnie rozczarowanie. Od pierwszych rozdziałów irytował mnie fakt, że szło się w tej historii najzwyczajniej w świecie pogubić. Dużo faktów, zmiana narratorów, bohaterów, zmiana czasu wydarzeń akcji... Aż prosi się o dodanie jakiegoś mini drzewa genealogicznego, które ułatwiłoby tak niedomyślnym czytelnikom jak ja, orientacje w fabule. Całość tego ogromu wiedzy udało mi się połączyć mniej więcej w połowie książki, co znacznie utrudniło jej odbiór.

Jedna z bohaterek książek mówi o tym, że życie nie jest ani czarne, ani białe, tyko szare. Szkoda, że w tej powieści tego nie widać. Nie znam takich kobiet, które kończąc małżeństwo spotykają w kawiarni starego znajomego i dostają świetnie płatną ofertę pracy za granicą... Te momenty w książce wydały mi się za bardzo ckliwe i naiwne, było ich naprawdę sporo. Nie twierdzę, że spodziewałam się jakichś wysokich lotów intryg, ale mimo cierpień bohaterek, ta powieść jest odrobinę za cukierkowata. Co za dużo to niezdrowo.


Na pochwałę natomiast zasługuje druga połowa książki - wspomnienia kobiet z rodu, które żyły wieki temu. Ta część wciągnęła mnie najbardziej, była najlepiej napisana. Klimat tajemnic, małych skandali, cofanie się w odległe, historyczne epoki... Coś fantastycznego!

Podoba mi się pomysł autorki na "Matki,żony,czarownice", byłam oczarowana niektórymi fragmentami wydarzeń, a w dodatku, przez prawie pięćset stron powieści idzie się przywiązać do bohaterów... Jednak, mimo wszystko, odrzucała mnie za duża ilość lukru. Powieść jest nierówna, raz czyta się ją bardzo dobrze a za chwilę wydawała mi się irytująca. 
Być może czarownice istnieją tylko w bajkach a ja po prostu mam za dużo lat na bajki? Przeczytajcie, oceńcie sami. :)


Książkę mogłam zrecenzować dzięki uprzejmości wydawnictwa
Prószyński i S-ka, za co serdecznie dziękuję




PS. Smutno mi się robi, jak widzę komunikaty Znaku na temat spotkania z Llosą... 100 wejściówek jest do odebrania w Warszawie (to naprawdę ukłon uprzejmości ze strony wydawnictwa dla wszystkich tych, którzy stolicy nie zamieszkują, podobnie jak fakt, że jedna osoba może odebrać tylko jedną wejściówkę) a tylko 30 do wygrania w konkursie... Będzie mi naprawdę przykro, jeśli się okaże, że nie znajdę się w gronie tych trzydziestu szczęśliwców. 

wtorek, 13 września 2011

Nicola Keegan, "Pływanie"


Bardzo często, gdy widzimy zwycięzców stojących na podium, zapominamy o tym, że to co, co chwilowo podziwiamy to efekt końcowy. Ich ciężkiej pracy, wyrzeczeń, przełamywania własnych słabości, zapominania o dramatach. 
Philomena Ash to dziewczyna, która od zawsze była związana z pływaniem.
Jej talent został doceniony, a ścieżka jej kariery zaprowadzi ją z prowincjonalnego klubu pływackiego aż na same szczyty. 

Mam świadomość, że po takim opisie większość z Was jest nastawiona na ckliwą historyjkę z cyklu "od zera do bohatera". Ja też posiadałam takie założenie, ale... ulotniło się ono bardzo szybko.
Myślę, że przyczyną jest styl, jakim Nicola Keegan postanowiła opisać przeżycia nastolatki.
Bardzo indywidualny, charakterystyczny, z dużą ilością kolokwializmów i typowego dla nastolatków przesadyzmu. Nie wszystkim on będzie odpowiadał, bo nie dla wszystkich będzie atutem tej lektury. Ja w niektórych momentach byłam zgorszona, a w niektórych po prostu podirytowana. 
Nie należę do fanów książek pisanych podobnym językiem, stąd moja opinia jest bardzo subiektywna. Liczyłam na więcej, powieść nie zdołała mnie powalić na kolana, posiada wiele niedociągnięć.


Sama nie wiem, jak mam ocenić tę książkę. Nastawiałam się na coś zupełnie innego, być może wina leży po stronie wydawcy, który nie do końca umiejętnie dobrał opis książki do jej treści. 
Niby to taka błaha sprawa,a jednak czytelnik może się poczuć po prostu zawiedziony. 
Ja po lekturze "Pływania" tak właśnie się czuję, wiem, że nie jest to powieść, do której wrócę. 




PS. A jeśli jesteśmy już w temacie powrotów to ... niezmiernie miło mi oświadczyć, że wróciłam. 
Książka towarzyszyła mi wszędzie, na zdjęciu widać sopockie molo. Niestety, reszta stosu pozostała nietknięta, tak to już bywa jak wyjazd jest bardzo udany :)




piątek, 19 sierpnia 2011

Shilpi Somaya Gowda, "Sekretna córka"


Różnice między przedmieściami Bombaju a Kalifornią są takie, jak pomiędzy kolorem białym a czarnym. 
Obyczajowe, kulturowe, związane z tradycjami i możliwościami. 
W Indiach pewna zrozpaczona matka została pozbawiona córki. Z powodów ekonomicznych, bez ustalania tego z jej własnym sercem czy sumieniem. Po prostu nie stać ich na utrzymanie i przyszły posag.
W Stanach zaś zamężna lekarka dowiaduje się, że nie może mieć dzieci... 

I tak zaczyna się historia pewnej indyjskiej dziewczynki, która nawet nie mając o tym pojęcia, zostaje rozdarta pomiędzy dwa światy. 
Ten amerykański przypomina trochę ochronną bańkę mydlaną, tak starannie pielęgnowaną dla córki przez lata. Ten drugi świat, to rzeczywistość, którą odkryje dopiero jako studentka i początkująca dziennikarka. Bańka pęknie, bo każdy z nas potrzebuje świadomości swoich korzeni. 
Jako czytelnicy jesteśmy  rozdarci poprzez te dwa światy, dwa tak różne miejsca akcji.
Obserwujemy to, co się przez lata działo z obydwiema rodzinami dziewczynki. 

Bez względu na to, co w swoim życiu robi Asha i gdzie jest, nieprzerwanie myślą o Niej dwie osoby - matka biologiczna oraz matka zastępcza. Dwie różne kobiety, które kochają ją na swój własny sposób, bo przecież każda miłość macierzyńska jest inna.

Nie uważam, że ta książka jest lekturą wybitną, powiedziałabym raczej, że nierówną. Pomysł na powieść oraz podwójne miejsce akcji stanowią największe plusy tej książki, ale widać w niej niedopracowania. Zewsząd czuć, że to debiut. Niektóre fragmenty czyta się świetne, inne mogą wydawać się odrobinę nużące, może nawet przewidywalne. Nie zmienia to jednak faktu, że nie żałuję przeczytania tej książki. Uważam, że przybliża nam nieznane realia i problemy, prowokuje do przemyśleń. Dodatkowym atutem mogą być realia Indii, są opisane w ciekawy sposób, a autorka postanowiła umieścić na końcu książki krótki słowniczek dla tych, którzy nie znają języka, można od razu sprawdzić niezrozumiałe zwrotu związane z kuchnią czy ubiorem.
Myślę, że to idealna lektura dla wszystkich tych, którzy marzą o podróży do Indii, ale to przede wszystkim lektura, która przypadnie do gustu wszystkim Mamom, bo dogłębnie porusza ponadczasowy i wzruszający temat. O tym, jak bardzo dużo jest ludzi, którzy uwielbiają tego typu tematykę najlepiej może świadczyć fakt zdobycia przez powieść tytułu bestellera New York Timesa oraz bestsellera roku 2010 w Kanadzie, skąd podchodzi pisarka.

Za możliwość otrzymania egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka



PS. Z racji takiej, że lubię wyszukiwać różne ciekawostki na temat autorów, mogę Wam polecić spot, jaki nakręcono z udziałem pisarki. Chcę tylko napisać, że uwielbiam to, kiedy pisarze mówią o swoich książkach, ale szkoda, że u nas z taką reklamą rodzimych pisarzy jest kiepsko. Jeśli znajdziecie chwilkę, sami zobaczcie, o jaką promocję mi chodzi, oglądając video. ;) Pozdrawiam!



poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Czar debiutu - Michał Bednarczyk - "Być jak te dwa drzewa"


Kiedy pierwszy raz wzięłam tę szczuplutką książeczkę do ręki od razu zwróciłam uwagę na... wiek autora. Michał Bednarczyk, który napisał "Być jak te dwa drzewa" , urodził się 1990 roku. 
Swój debiut poświęcił tematyce młodzieńczej, nastoletniej miłości. 
Głównym bohaterem jest Robert, wrażliwy i inteligentny samotnik.
Choć jego sytuacja rodzinna nie zależy do najprostszych, nikt o tym nie wie. Nawet jego najlepszy i jedyny przyjaciel, Adam. 
Jednak gdy na swojej drodze życiowej spotyka Alicję, wszystko ulegnie zmianie. To jej opowie siebie, ujawni wszystkie skrywane tajemnice. Pokocha ją tak, jak nigdy nikogo nie kochał. 

Choć pewnie pomyślicie sobie, że ta książka to bardzo ckliwe romansidło, ja jednak jestem odmiennego zdania. Faktycznie, podejmuje tematykę miłości wręcz utopijnej, ale czy jest coś w tym złego? Patrząc na to, jak dużo młodych ludzi ma problem z docenieniem uczuć drugiej osoby, jestem w stanie zrozumieć jej główne przesłanie, które jest skierowane do konkretnego odbiorcy.
Zwraca uwagę na ideę, jaką jest miłość. 
Myślę, że czar tej książki polega także na jej długości - to nie jest wydłużona, nudna opowieść.
Choć zawiera sporo treści, jest krótka i zwięzła. Nie powala na kolana, ale motywuje do przemyśleń. Choć jej zakończenie było dla mnie nad wyraz nierealne, to pomimo wszystko, doceniam tę książkę. 


Widać, że ten debiut to coś przemyślanego. Polecam, w szczególności wszystkim tym, których wiek kończy się na "naście" , bo pomimo tego, że wrażliwość aktualnie nie jest już modna, zapotrzebowanie na tego typu tematykę jest i to ogromne. Wystarczy tylko spojrzeć, w jakiej ilości egzemplarzy rozeszła się "Jesienna miłość" Nicholasa Sparksa, takiej samej życzę Michałowi. 




Za możliwość zrecenzowania książki uprzejmie dziękuję:



niedziela, 24 lipca 2011

Krzysztof Sengorz, "Sen życia"

Przyznam się, że niezmiernie ucieszyłam się na wiadomość, że wydawnictwo Radwan jest zainteresowane współpracą ze mną. Choć, cieszę się z każdej współpracy z wydawnictwem, muszę przyznać, że to mnie bardzo zaintrygowało. 
Ich oferta wydaje mi się bardzo undergroundowa (wybaczcie za to brutalne zapożyczenie) i... odważna. Wchodzę w to! (A najbardziej zrobiła na mnie wrażenie cena przesyłki za jedną książkę - 2,49 zł. Lubię to!)




Wydaje mi się, że debiutami literackimi jest tak jak z czekoladkami, o których mówił Forrest Gump - nigdy nie wiesz, na co trafisz.
Ma to swoje dwie strony, z jednej - kiedy widzę książkę, a o jej autorze moje uszy nigdy nie słyszały, jestem zaintrygowana. A z drugiej strony, bardzo kiepsko znoszę rozczarowanie, w momencie, gdy ta książka wydaje mi się opisana przez tego autora nad wyrost.

Główny bohater, Piotr to mąż i ojciec. Jednak, gdy potrąca go samochód, jego myśli bynajmniej nie są skierowane w stronę rodzinnych pieleszy, a w stronę rozmyślań na tematy typowo finansowe.
Dostaje szansę od Boga na spotkanie z Aniołem. Aniołem, którzy pokaże mu kilka aspektów Jego życia (czyżby "Opowieść wigilijna?"), wytłumaczy trudne kwestie, z którymi borykamy się każdego dnia.
Większość tej książki stanowią filozoficzne rozmowy, które odbywały się pomiędzy Aniołem a Piotrem. Nasz bohater ma mnóstwo pytań i wątpliwości, ale z czasem zaczyna dostrzegać mądrość  swojego rozmówcy.

Gdybym miała określić tę książkę jednym epitetem, napisałabym, że jest to książka przegadana.
Ot, kilka utartych frazesów, inspiracja religijna i .. mamy "Sen życia".
Jeśli to ma być sen, to dla mnie jest to koszmar.
Wynudziła mnie ta książka potwornie i nie dowiedziałam się niczego nowego.
Wszystko to, co zostało w tej książce napisane to po prostu filozofia religijna, która komuś, kto orientuje się w takich poglądach, nie jest potrzebna. To już było. 
Komu miało otworzyć oczy, temu otworzyło, nie widzę sensu ubierania czegoś takiego w bardzo długi i mozolny do przebrnięcia dialog. 

Po skonfrontowaniu opisu książki z jej zawartością stwierdzam, że autor chyba potraktował ten debiut jak rodzice czasami traktują swojego jedynaka. Rozpieszczają i wszystkim dookoła mówią, że to najwspanialsze dziecko na świecie.
Jeśli ktoś chce zmieniać moje życie książką to chyba potrzebuję czegoś więcej, jakiegokolwiek elementu zaskoczenia. 
Szkoda, zapowiadało się ciekawie.


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Radwan, zapraszam Was na ich stronę, nie zrażajcie się tą recenzją, debiuty to naprawdę ciekawe zagadnienie. :)

PS. Jak pewnie zauważyliście, z mojego bloga zniknął banner wydawnictwa Otwarte. Czy Wy też otrzymaliście umowę od wydawnictwa? Bo ja dokładnie przeczytałam warunki współpracy i stwierdziłam, że albo ktoś robi sobie ze mnie żarty albo (o, zgrozo)niewolnictwo powróciło.
Czekam na Wasze opinie :)  

czwartek, 26 maja 2011

"Dłonie" Małgorzata Warda

Recenzje blogowe mają to do siebie, że uzależniają. 
I w bardzo, bardzo wysokim stopniu determinują dobór książek na najbliższe dni.
Choć błahe "chcę przeczytać" zostawione tu i tam w komentarzu, brzmi bardzo powtarzalnie i przewidywalnie, ale... ja naprawdę je czytam.
Czasem z większym, czasem z mniejszym opóźnieniem. W przypadku tej książki raczej z tym pierwszym.
Kiedy założyłam sobie kartę w bibliotece i zaczęłam poszukiwać tytułów pożądanych przeze mnie książek, wyglądałam jak dziecko pod gwiazdkową choinką, bo znalazłam wszystkie powieści, które mnie interesują.
Choć nie zawsze pamiętam, kto na jakie książki mnie nakierował, pamiętam, że o tej autorce dowiedziałam się dzięki autorce bloga http://ksiazkowo.wordpress.com/.


Powieść Małgorzaty Wardy pt. "Dłonie" przenosi nas w świat artystów. 
Każda z jej bohaterek jest w jakimś stopniu powiązana ze światem sztuki, choć nie zawsze jest to związane z ich wykształceniem. 
Maria,Sara,Dorota,Maja,Anna to kobiety, które w różny sposób splótł ze sobą los.
Posiadają również jedną wspólną cechę, która określa ich osobowości - wrażliwość.

Autorka, pomimo tej jednej cechy wspólnej, postanowiła pokazać nam różnorodność swoich postaci.
Trzeba wspomnieć o tym, że owa różnorodność nie wpłynęła na jakość opisu, ich charaktery i osobowości, historie oraz doświadczenia, budują naprawdę ciekawy obraz psychologiczny każdej z nich.
Były one tak ciekawie opisane, że nawet ja (która ma zawsze problem z kojarzeniem imion) nie pogubiłam się w opisach, fakty z ich życia nie były dla mnie jednym wielkim poplątanym wątkiem, jak to się często zdarza, gdy mam do czynienia z większą ilością bohaterów.
Zmieniająca się co rozdział narracja sprawiła, że książka nabrała ciekawej dynamiki.
Wydarzenia, opisywanie z różnych perspektyw, są bardzo ciekawym spojrzeniem na każdą z przedstawionych nam postaci. Możemy lepiej jako czytelnicy ocenić zachowania naszych bohaterów, bardziej ich poznać.

Poznawanie świata sztuki niemalże od "podszewki" to bardzo ciekawa rozrywka dla kogoś, kto o realiach studiów na ASP czy byciu potomkiem wielkiej malarki, nie ma zielonego pojęcia. 
Autorka postanowiła zaczerpnąć ten motyw z własnej biografii - jest malarką i rzeźbiarką, sama ukończyła Akademię Sztuk Pięknych.

Wydaje mi się, że wiele osób, które spojrzy na tę książkę, może w pierwszej chwili pomyśleć, że jest to literatura lekka. Nic bardziej mylnego. Choć nie nazwałabym ją "ciężką", szczerze przyznaję, że jest to bardzo dobre, momentami naprawdę przejmujące czytadło. 
Nie nazwałabym jej wybitną, ale na pewno jest dobra. Poza tym, trzeba zwrócić uwagę, że ta książka stanowi debiut w literackim dorobku pisarki.
Ciekawa historia, ciekawie opisana i w dodatku "made in Poland", to po prostu trzeba przeczytać. :)

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Video recenzja!!! :)- Iwona Banach, "Chwast"




Niezmiernie się cieszę, że wreszcie ją nagrałam :) Byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś poświęcił mi te siedem minut :)Chodziło mi to już jakiś czas po głowie, dlatego jestem baaardzo zadowolona! Nie obyło się bez komplikacji technicznych, początkowo film się nie wyświetlał, ale mam nadzieję, że teraz już wszystko jest w porządku :)

Oczywiście, jak tylko skończy się całe świąteczne szaleństwo, nie obejdzie się bez napisania klasycznej recenzji :)




PS. Jeśli ktoś jest zainteresowany - dzięki Isabelle dowiedziałam się, że książkę można jeszcze zakupić drogą internetową w Matrasie za 4,90zł --> tu)

wtorek, 22 marca 2011

Mario Vargas Llosa, „Wyzywanie.Szczeniaki”



Zbiór opowiadań zeszłorocznego Noblisty, Mario Vargasa Llosa, choć w Polsce wydane w 2011 roku stanowią pierwsze pisarskie kroki Peruwiańczyka.
Biorąc pod uwagę właśnie ten fakt, powinniśmy sięgnąć do biografii autora.
 To tam znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego Llosa postanowił napisać opowiadanie o machismo (określenie pochodzi od hiszpańskiego słowa macho, czyli samiec, oznacza postawę mężczyzn zakorzenioną głównie w krajach latynoskich, podkreślającą znaczenie męskiej dumy, honoru a także przewagę nad kobietami). 
Właśnie z powodu postrzegania mężczyzn przez pryzmat kultu macho, ojciec Mario, nie chciał, aby syn pisał.Wkrótce po napisaniu „Szczeniaków”, ojciec Llosy wysyłał go do szkoły kadetów, aby jego syn, zajął się bardziej „męskimi” aspektami życia.
Jednak jego syn, w tak wczesnym wieku, przejawiał już ogromny talent literacki. Obserwacje dorastających chłopaków, wplątanych w konieczność bycia macho, stały się inspiracją do napisania krótkich form prozatorskich.
Llosa w swoich opowiadaniach czasami umieszcza swoich bohaterów, młodych mężczyzn, na granicy zachowań kompletnie irracjonalnych, co tylko podkreśla absurd schematycznych wartości, jakie są im narzucane.Są, ponieważ owa postawa, jest wszechobecna i głęboko zakorzeniona. Tak dorastają młodzi chłopcy, którzy w przyszłości dadzą dokładnie takie wzorce swoim dzieciom („(…)zaczynaliśmy tyć, siwieć, słabnąć, mieliśmy brzuchy, okulary do czytania, zgagę po jedzeniu i piciu, a na skórze coraz to nowe plamy i zmarszczki.”)
Bohaterowie często ryzykują swoje dobre imię, życie, po to tylko, aby obronić własny honor. Przed kumplami, ale także przed samymi sobą.
Dziewczyny w tych opowiadaniach pełnią dziwne funkcje, z jednej strony, są traktowane przedmiotowo, ale z drugiej są im potrzebne do zdobywania, chwalenia się, a bez tego, nie można być prawdziwym mężczyzną.
Nawet jeśli ma się pieniądze, silną głowę do alkoholu, ambicje i świetny samochód – czego przykładem jest postać Cuellara.Przecież to nie jego wina, że w wyniku wypadku, został wykastrowany i ze strachu przed wyśmianiem, unika kontaktów  z kobietami.
Llosa w swoich opowiadaniach, brutalnie pokazuje prawdę. Nie dokonuje ocen ich postaw, ale pozwala czytelnikowi na własny obraz, trudnego zagadnienia stawania się mężczyzną pod presją.
Czyni to perfekcyjnie, językiem dynamicznym i pełnym ekspresji. Lektura jest szybka, jak to niezwykle trafnie określił jeden z blogerów, jak pierwszy, szybki łyk peruwiańskiej wódki.



Za możliwość zrecenzowania książki uprzejmie dziękuję:


niedziela, 20 lutego 2011

Paweł Pollak - "Niepełni"

Albo ja  jestem nienormalna, że w taką pogodę, zamiast spacerować pośród pięknie wyglądającego, białego puchu, zostałam w domu albo...
Paweł Pollak napisał dobrą książkę.

(Albo jedno i drugie....)

Ostatnio na Waszych blogach spotkałam zabawę, która polega na zadawaniu pytań.
Jedno z najczęstszych dotyczy mało popularnej książki, którą byście polecili.
Choć kiedy myślałam o tym pytaniu, pierwsza, która przyszła mi do głowy to "Milion Małych Kawałków" Jamesa Frey'a, to jednak zdecydowałabym się na książkę pt. "Niepełni".
Mam ochotę napisać - dobre, bo polskie, aczkolwiek to kompletnie niewypromowana perełka...



Jak dowiadujemy się z okładki książki "Niepełni" to historia miłosna.

Ona ma na imię Edyta.
Pracuje w domu jako księgowa i od czterech lat jest niepełnosprawna, porusza się na wózku.
Jest urodziwą, inteligentną, oczytaną kobietą.
Przed wypadkiem miała chłopaka, studiowała na AWFie, ale niepełnosprawność przekreśliła wiele z tych aktywności.
Choć jest (w miarę możliwości) samodzielna, bardzo często wraca myślami do swojej przeszłości. 
Jej rzeczywistość jest bardzo powtarzalna.
Wykonuje rutynowe, zaplanowane czynności, pracuje, spotyka się z rodziną i przyjaciółka, ale przez cały czas odczuwa samotność.
A właściwie uporczywy głód, bliskości drugiego człowieka.
Pragnie zostać żoną i matką tak bardzo, że postanawia zainteresować się zabiegiem sztucznego zapłodnienia.
Ma dość zazdrosnego patrzenia na ciążę przyjaciółki i żałowania, że mężczyzna, którego poznała na ulicy, nosi obrączkę.


Do pewnego momentu książki nie jest również zainteresowana bliższym poznaniem swojego sąsiada - Jacka. 
Jest dobrze zarabiającym informatykiem, nie widzi od urodzenia. 
Posiada brata, który go wychował, wspaniałego psa przewodnika oraz pracę, którą lubi, ale odczuwa to samo, co Edyta.
Oprócz tego, zmaga się z faktem, że jest prawiczkiem, bo wszystkie jego próby zbliżenia się do kobiety, kończyły się najczęściej kompletnym upokorzeniem, które wynikało tylko z faktu, że jest ślepy.
Odczuwa głód bliskości i czułości, ale także głód seksualności. 

Poznanie się ich to tak naprawdę była żenująca próba zeswatania dwóch osób.
Jeśli ktoś to przeżywał, posiadając na tyle rozumu, żeby zorientować się co jest grane, wie, o czym piszę.
Próba ta, w wykonaniu ich sąsiada, Romka, kończy się dla nich narodzeniem uczucia.
A co będzie dalej, sami przeczytajcie, warto.


Poleciłabym "Niepełnych", bo zachwyciło mnie w tej książce kilka drobnych, aczkolwiek istotnych zabiegów.
Po pierwsze, postacie, które zostały umieszczone na drugim, trzecim i jeszcze dalszym planie, są świetne opisane.
Sprawia to, że angażujemy się emocjonalnie w książkę, jest świetną, wciągającą lekturą.
Po drugie, nie jest moralizatorską bajeczką o niepełnosprawności. 
Mam wrażenie, że Edyta i Jacek pokazują nam smutną, ale bolesną prawdę - takie właśnie jest życie.
Akcja dzieje się w czasach współczesnych i patrząc na datę wydania książki, jest ona bardzo aktualna.
Podobały mi się również wszystkie opisy naszej polskości, ale tej, o której niezbyt chętnie mówimy, a którą większość z przeciętnych Kowalskich uskutecznia każdego dnia.
Cieszę się, że autor książki nie przyzwyczaił mnie do trwającej sielanki po wieczne czasy.
Płakałam, zastanawiałam się... a to właśnie chodzi w książkach. :)







A TERAZ IDĘ NA SPACER!!! :)