Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 czerwca 2012

Richard Paul Evans "Obiecaj mi"


Jak pisać książki, które stają się bestsellerami? Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie. Mogę natomiast podsunąć Wam nazwisko pisarza, który na własnej skórze wie, jak to jest być takim szczęściarzem. Nazywa się Richard Paul Evans i właśnie "zabrał" mi kilka godzin, swoją powieścią noszącą tytuł "Obiecaj mi". 

Pierwsze moje wrażenie: czy ja wiem czy to takie typowe czytadło dla rozluźnienia? Jak na tego typu lekturę znajduje się tu zaskakująco wiele tragedii i zwrotów akcji. Sytuacja ma wygląda naprawdę nieciekawie, kiedy Beth dowiaduje się o zdradzie swojego męża. Jest to jedyny fakt, jaki mogę zdradzić z tej książki, żeby nie psuć żadnemu czytelnikowi zabawy. Evans skonstruował "Obiecaj mi" na zasadzie tajemnic i dawkowania napięcia. Z jednej strony, powieść czyta się błyskawicznie, z drugiej dostarcza wielu emocji. 

To romantyczna historia pokazująca, jak wiele oblicz ma miłość. Jestem pewna, że poruszy ona niejedną wrażliwą duszę, spragnioną chwili relaksu przy odrobinę mniej ambitnej lekturze. Moją uwagę zwrócił język autora, z którego można wyłowić sporo "złotych myśli", pięknie skonstruowanych perełek. Wiele fragmentów zaznaczyłam sobie jako tych godnych zapamiętania. Drobnym minusem książki może być jej kilka ostatnich rozdziałów. Spodziewałam się większej ilości emocji, a zostałam zalana wodospadem łez. 

Nie jest to w stanie zmienić mojego pozytywnego odbioru powieści. 
Moje zaskoczenie, że ta lektura przypadła mi do gustu, jest ogromne, ponieważ nie jestem fanką historii, w które trudno mi uwierzyć. W tym przypadku było zupełnie inaczej, zapomniałam o tym, że nie wierzę, dałam się ponieść lekturze.  Jak na pierwsze spotkanie z tym autorem, jestem pozytywnie zaskoczona i oby następne były równie udane. 



PS. A najbardziej spodobało mi się to, że Znak udostępnił przepisy, które Evans ma na swojej stronie. Potrawy, które pojawiły się w powieści, można samodzielnie upichcić w domu.
Przepisy znajdują się na stronie http://www.znak.com.pl/obiecajmi




wtorek, 24 kwietnia 2012

"Cieszę się twoim szczęściem" Lucinda Rosenfeld


Baby, ach te baby... Chce się jeść je łyżkami wtedy kiedy nie jest się jedną z nich. Bo kobiety mają wiele wspaniałych cech, ale są takie momenty, w których najlepsze przyjaciółki przypominają dwa oddzielne fronty, walczące na jednym polu "cichej" bitwy przeciwko sobie. 

Wendy, główna bohaterka książki "Cieszę się twoim szczęściem" jest niezbyt spełnioną mężatką. Ma ponad trzydzieści lat, jej zegar biologiczny nieubłaganie tyka i choć starają się z mężem o dziecko, upragnione dwa paski na teście nie pojawiają się. Narasta frustracja, zniechęcenie, w powietrzu czuć napięcie.

Ponadto, kiedy ją poznajemy, w pewnie sposób opiekuje się swoją najlepszą przyjaciółką, Daphne. Uroczą dziewczyną, która ma tendencje do zakochiwania się w niewłaściwych mężczyznach. 
Los jednak tasuje karty tak, że życie Daphne zmienia się w sielankę. Wychodzi za majętnego prawnika i szybko okazuje się, że jest w ciąży.Wendy nie potrafi się z tego cieszyć, mimo usilnych starań. 

Podobała mi się ta książka. Być może dla tego, że była strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o mój nastrój, są takie dni, kiedy jedyna lektura, jaka może pokrzepić to właśnie czytadło. I choć znamy wiele historii nowojorskich kobiet to jednak ta pozwala na spojrzenie z dystansu na zachowania bohaterów, którzy nie potrafią docenić tego, co mają. Na zawiść i to, do czego potrafi zaprowadzić. A przede wszystkim na szczerość, jak bardzo jest potrzebna w relacjach z bliskimi nam osobami. 
"Cieszę się twoim szczęściem" to powieść pisana lekkim piórem, dotycząca ciężkich spraw. 
Spełniła swoje zadanie czytadła, wciągnęła i oderwała od codziennych spraw. Jeżeli tego potrzebujecie, książka spełni swoje zadanie idealnie. 

PS. Mam nadzieję, że w końcu będę w stanie zabrać się za jakieś inne lektury niż przyjemne odmóżdżacze, ale niestety, inne lektury póki co mnie męczą. Mam nadzieję, że już niedługo to się zmieni :) Pozdrawiam Was ciepło 


czwartek, 12 kwietnia 2012

Bridget Asher "Prowansalski balsam na złamane serca"


Kiedy widzę w tytułach powieści jakieś epitety w stylu "prowansalski", "toskański" czy "włoski" to mam ochotę uciekać, bynajmniej nie do tych pięknych krain. Obawiam się swojego zmarnowanego czasu na tego typu podróżach, więc śmiało można mianować mnie sceptykiem podobnej twórczości.  "Prowansalski balsam na złamane serca" to łup dokonany w kryzysie, który miał mi poprawić humor, oderwać myśli. Spodziewałam się historii w stylu "ona zaczyna życie na nowo i spotka księcia z bajki", z dodatkiem nadmiernej ilości lukru. 

De facto, otrzymałam historię o wdowie, która straciła męża w wypadku samochodowym i jest samotną matką. Patrząc na jej rodzinę, widzimy ludzi raczej zwyczajnych, mniej lub bardziej skomplikowanych. To, co ich wyróżnia to sentymentalne historie związane z ich domem w Prowansji. 
Miejscem, które odwiedzali i które w pewnym momencie poróżniło rodziców głównej bohaterki książki, Heidi. Kiedy jej mama dowiaduje się, że w kuchnia została zniszczona przez pożar, postanawia przekonać swoją córkę do odwiedzenia Francji w celu wyremontowania domu. Heidi zabiera ze sobą synka oraz szesnastoletnią pasierbicę swojej siostry, moją absolutną faworytkę jeśli chodzi o bohaterów w tej książce. 

Bridget Asher zdziwiła mnie tym, jak postanowiła komplikować losy swoich bohaterów po przyjeździe do Europy. Przypadło mi do gustu to, że pewne aspekty tej powieści nie były zanadto rozciągnięte (sentymentalne refleksje), ale nie działy się też w ekspresowym tempie.  Sprawiało to, że "Prowansalski balsam..." wydawał się bardziej powieścią o zwyczajnym życiu, a  nie słodką bajką o tym, jak to cudownie jest mieszkać w Prowansji. 
Z jednej strony to odprężające czytadło dodające energii, ale z drugiej ciekawa historia. 

Strzałem w dziesiątkę niewątpliwie jest okładka, która przyciąga spojrzenie i zachęca do czytania. Jest miłą dla oka zapowiedzią książki, która okazała się być przyjemną dla duszy. 

sobota, 17 marca 2012

Joanna M. Chmielewska "Poduszka w różowe słonie"



Jeżeli Wy również początkowo ominęliście książkę "Poduszka w różowe słonie" Joanny M. Chmielewskiej z powodu infantylnej okładki, z własnego doświadczenia radzę: naprawcie ten błąd. Zamknijcie oczy, zapomnijcie o jakże mylnej stronie wizualnej i zatopcie się w świetnej powieści.

To, co już od pierwszych stron "Poduszki w różowe słonie" podbiło moje serce to język, jakim posługuje się autorka. Niezwykle bogaty, plastyczny, pełny metafor. Do tego ciekawa fabuła i mamy książkę, od której nie mogłam się oderwać. Choć historia wydawała mi się momentami schematyczna, to jednak znalazło się w niej kilka zaskoczeń. Ponadto, nawet te utarte szlaki nie przeszkadzają mi tak bardzo, kiedy język powieści jest przemawiający. "Poduszka w różowe słonie" to idealny towarzysz wolnego popołudnia, bo czas płynie z nim bardzo szybko.

Hania jest trzydziestolatką, której los zrzucił na barki bardzo dużą odpowiedzialność. Ta odpowiedzialność to pięcioletnia dziewczynka, córka zmarłej na raka przyjaciółki głównej bohaterki. 
Hanię i Ewę od początku łączyła wyjątkowa więź, takiej prawdziwej przyjaźni trwającej całe dekady. Ewa nie miała wyboru jeśli chodzi o powierzenie córeczki komukolwiek innemu, wybrała więc kogoś, na kim zawsze mogła polegać.

Budowanie więzi z dzieckiem, które tak wiele przeszło nie należy do zadań najprostszych. Podobnie jak wywrócenie swojego życia do góry nogami, co wydarzyło się pod wpływem tak "smutnego" pojawienia się dziecka.  Kiedy na horyzoncie zaczyna się pojawiać niezwykle zdesperowany do zaangażowania Łukasz, zaczynamy dowiadywać się, że być może życie Hanki wcale nie było taką bajką.

Dawno nie czytałam tak dobrej powieści literatury (raczej) kobiecej w rodzimym wydaniu.  Jestem przyzwyczajona do tego, że kiedy sięgam po polskie autorki jest w ich książkach wiele rażących niedociągnięć, jakby autor nie szanował czasu swojego czytelnika.
"Poduszka w różowe słonie"zapracowała sobie na wysokie oceny i laury pochwał. Zasługuje, aby ją przeczytać, poświęcić książce uwagę i podbić serca czytelników. Mnie lektura wzruszyła, dotknęła, uwrażliwiła. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

czwartek, 29 września 2011

"Matki, żony, czarownice" Joanna Miszczuk


W bardzo zamierzchłych czasach, czarownice podobno były rude. 
Joanna Miszczuk (również posiadaczka ogniście czerwonej fryzury) postanowiła odwołać się do tego mitu i stworzyć opowieść o  rudowłosych kobietach,powiązanych więzami rodzinnymi.
Ich historie były naznaczane przez wiele czynników, wojny, ubóstwa, ale ich zachowania przede wszystkim determinowała miłość.
Choć Maria, Krystyna i Asia, urodziły się w zupełnie różnych czasach, nigdy nie zapomniały o drobiażdżku noszonym na palcu, diamentowym pierścionku, który był jednocześnie biżuterią z historią i symbolem, mającym przypominać o postawie miłości.
Oprócz rudych włosów z pokolenia na pokolenie, przechodziły pewne charakterystyczne cechy jak upór, determinacja, ambicja czy lojalność.

Muszę się przyznać, że zawiodła mnie ta książka. Liczyłam na historie, która wręcz porwą moje serce, ociepli duszę, a z początku czułam przeważnie rozczarowanie. Od pierwszych rozdziałów irytował mnie fakt, że szło się w tej historii najzwyczajniej w świecie pogubić. Dużo faktów, zmiana narratorów, bohaterów, zmiana czasu wydarzeń akcji... Aż prosi się o dodanie jakiegoś mini drzewa genealogicznego, które ułatwiłoby tak niedomyślnym czytelnikom jak ja, orientacje w fabule. Całość tego ogromu wiedzy udało mi się połączyć mniej więcej w połowie książki, co znacznie utrudniło jej odbiór.

Jedna z bohaterek książek mówi o tym, że życie nie jest ani czarne, ani białe, tyko szare. Szkoda, że w tej powieści tego nie widać. Nie znam takich kobiet, które kończąc małżeństwo spotykają w kawiarni starego znajomego i dostają świetnie płatną ofertę pracy za granicą... Te momenty w książce wydały mi się za bardzo ckliwe i naiwne, było ich naprawdę sporo. Nie twierdzę, że spodziewałam się jakichś wysokich lotów intryg, ale mimo cierpień bohaterek, ta powieść jest odrobinę za cukierkowata. Co za dużo to niezdrowo.


Na pochwałę natomiast zasługuje druga połowa książki - wspomnienia kobiet z rodu, które żyły wieki temu. Ta część wciągnęła mnie najbardziej, była najlepiej napisana. Klimat tajemnic, małych skandali, cofanie się w odległe, historyczne epoki... Coś fantastycznego!

Podoba mi się pomysł autorki na "Matki,żony,czarownice", byłam oczarowana niektórymi fragmentami wydarzeń, a w dodatku, przez prawie pięćset stron powieści idzie się przywiązać do bohaterów... Jednak, mimo wszystko, odrzucała mnie za duża ilość lukru. Powieść jest nierówna, raz czyta się ją bardzo dobrze a za chwilę wydawała mi się irytująca. 
Być może czarownice istnieją tylko w bajkach a ja po prostu mam za dużo lat na bajki? Przeczytajcie, oceńcie sami. :)


Książkę mogłam zrecenzować dzięki uprzejmości wydawnictwa
Prószyński i S-ka, za co serdecznie dziękuję




PS. Smutno mi się robi, jak widzę komunikaty Znaku na temat spotkania z Llosą... 100 wejściówek jest do odebrania w Warszawie (to naprawdę ukłon uprzejmości ze strony wydawnictwa dla wszystkich tych, którzy stolicy nie zamieszkują, podobnie jak fakt, że jedna osoba może odebrać tylko jedną wejściówkę) a tylko 30 do wygrania w konkursie... Będzie mi naprawdę przykro, jeśli się okaże, że nie znajdę się w gronie tych trzydziestu szczęśliwców.